RSS
 

Rozdział 8

03 wrz

Rozdział niesprawdzony

Wiktoria:
Czułam się troszkę zażenowana myślą, że muszę dzielić pokój ze swoim wykładowcą. Zdecydowanie była to niezręczna sytuacja. Ale co mogłam poradzić? Nie jestem dzieckiem i nie będę spierać się o to, że nie podoba mi się mój chwilowy współlokator. Poza tym nie miałam innego wyjścia, gdyż Adam zabronił mi nocować w innym hotelu. Bądź co bądź towarzyszy nam jako opiekun i powinnam liczyć się z jego zdaniem.
- Nie ma tutaj za wiele miejsca, ale jakoś będziemy musieli się pomieścić. – usłyszałam głos Adama.
- Mogę spać na podłodze. – zaoferowałam.
Rozejrzałam się po pokoju: telewizor na ścianie, brązowa komoda i jedno łóżko stanowiło wyposażenie tego pomieszczenia.
- Wykluczone. Ja prześpię się na podłodze, a ty wskakuj do łóżka… – spojrzał na moją walizkę – kiedy tylko będziesz gotowa. – dodał ciszej.
Widziałam, że on również czuje się niezręcznie w tej sytuacji.
Nieznacznie się uśmiechnęłam, po czym, zabierając z torby ubranie do spania, skierowałam swoje kroki w stronę łazienki.
Weszłam pod prysznic i puściłam letnią wodę, która działała na mnie bardzo relaksująco. No, głowa do góry, dziewczyno! Na pewno nie będzie źle – zapewniałam się w myślach.
Właśnie sięgałam po żel pod prysznic, kiedy zorientowałam się, że nie wyjęłam go z torby. Nie wiedziałam, co zrobić. Nie mogłam wyjść nago, bo przecież za drzwiami był Adam; to samo jeśli chodzi o owinięcie się ręcznikiem. Głupio mi było również prosić go, aby mi podał (zwłaszcza, że kosmetyki miałam wrzucone w bielizne). Nie zostawało mi nic innego, jak użyć męskiego żelu, który na sto procent będzie wyczuwalny. Całe szczęście, że zdążył się rozpakować – pomyślałam.
Wytrysnęłam z tubki błękitną, ładną dla oka, substancje i dokładnie rozprowadziłam ją po swoim ciele. Do moich nozdrzy uderzył intensywny zapach eukaliptusa. Uśmiechnęłam się pod nosem i postanowiłam nie zaprzątać sobie głowy takim błahym problemem jak pożyczenie żelu od Adama. Wytłumaczę mu to i jestem pewna, że nie będzie się na mnie złościł.

Adam:
Jesteśmy sami w pokoju, ona jest całkiem naga, gdyż bierze prysznic, a ja siedzę tutaj, na łóżku i nie mogę nawet jej dotknąć…! – takie myśli krążyły w mojej głowie.
Wiedziałem, iż nie mam prawa nawet myśleć o takich rzeczach. Już nie chodzi tylko o to, że nie byłem dla niej odpowiedni (głównie z racji różnicy wieku między nami), chodzi o to, iż jestem jej wykładowcą, a kiedy ludzie dowiedzieliby się, że mam romans ze studentką, moja reputacja, a co za tym idzie – reputacja banku – ległaby w gruzach. Poza tym ona na pewno nie chciałaby takiego starucha jak ja.

Potrząsnąłem głową. Nie mam pojęcia, skąd mi przychodzą takie myśli.
Zaczynałem żałować tych kilku kieliszków, które dzisiaj wypiłem. Westchnąłem i wstałem z łóżka. Poprawiłem pościel i podszedłem do okna.
Wiktor i Rafał nieźle się dzisiaj popisali. Prywatnie nic do nich nie miałem. Ba! pomimo moich „męczarni”, cieszyłem się, że spędzę tę noc z Wiktorią, nawet jeśli nie do końca w taki sposób, w jaki bym chciał. Patrząc jednak na tą sprawę służbowo, będę musiał przeprowadzić z nimi rozmowę. Nie chciałem bawić się w tatusia, zwłaszcza, iż są to dorośli faceci, ale cóż… nie pozostawili mi wyboru.
Moje rozmyślania przerwał dźwięk odkluczanych drzwi. Troszkę niepewnie się odwróciłem. Wydawać by się mogło, iż to żaden nadzwyczajny widok: młoda dziewczyna z rozpuszczonymi wilgotnymi włosami, w bluzeczce na ramiączkach i obcisłych dresowych spodenkach, jednak ja czułem się tak, jakbym ujrzał co najmniej anioła.
- Użyłam pana żelu. – wyjaśniła, a na jej policzki wstąpił uroczy rumieniec.
- Nie ma sprawy, ale chyba o czymś zapomniałaś… – uśmiechnąłem się. Miałem ochotę wziąć ją na ręce, rzucić na to kusząco wyglądające łóżko i przykryć ją swoim ciałem.
- Nie rozumiem. – jeszcze bardziej się zakłopotała.
- Nie „panuj” mi, ok? Miałaś mi mówić po imieniu. Zapomniałaś?
- Ach, wybacz, to przez tą sytuację. Niebardzo wiem, jak powinnam się zachować.
- Mam podobnie. Może po prostu traktujmy się jak przyjaciele, dobrze? Poza tym widziałaś już moje bokserki, prawda? – roześmiałem się – Nie widział ich nikt poza moją rodziną i… przyjaciółkami. – starałem się znaleźć odpowiednie słowo.
- No wiesz?! Masz w pokoju kobietę, a wspominasz o innych swoich przyjaciółkach? – również się roześmiała. Moją uwagę przyciągnął jednak fakt, iż jej oczy nie wtórowały ustom. Odniosłem wrażenie, że ten śmiech nie do końca był szczery.
Podniosłem ręce w geście poddania.
- Przepraszam panią bardzo. Pozwolisz, że teraz ja wezmę prysznic? Minuta, dwie i jestem z powrotem.

Wszedłem do łazienki i zamknąłem drzwi. Nie zakluczałem ich, ponieważ wiedziałem, że nie ma opcji, aby Wiktoria weszła do środka. A jeśliby weszła to cóż… zapewne nie przeszkadzałoby mi to w ogóle. Ogarnij się idioto – pomyślałem. Nie wiem, skąd mi się brały takie myśli. Czułem się jak zboczeniec!
Jedyne, co miałem na swoją obronę to to, że dawno nie byłem z kobietą. Jestem tylko facetem i nic nie poradzę na to, że reaguję w sposób właściwy mojej fizjonomii.
Zdjąłem z siebie ubrania, po czym wszedłem do kabiny. Nabrałem na rękę żel i zacząłem go dokładnie w siebie wcierać. Uśmiechnąłem się na myśl, że kilkanaście minut wcześniej ta młoda dziewczyna, do której niewątpliwie coś czuje, robiła to samo. Mówiąc „coś czuje” mam na myśli sympatię; bardzo lubię z nią rozmawiać i spędzać czas. Jest taka inna, dojrzalsza od swoich rówieśniczek. Nie wiem jeszcze, co jest przyczyną tej dojrzałości, ale na pewno niedługo się dowiem.

Wiktoria:
Leżałam na łóżku i starałam się nie myśleć o tym, że gdzieś tam, za brązowymi drzwiami, mój wykładowca bierze prysznic. Musiałam przed samą sobą przyznać, że Adam jako facet bardzo mi się podoba. Jest przystojny: ma hipnotyzujące oczy, niesamowity uśmiech, zarost, który podkreśla jego męskość i mięśnie, niezwykle odznaczające się pod koszulami, które zazwyczaj nosi.
- Śpisz? – usłyszałam.
Obróciłam głowę i zerknęłam w stronę łazienki. Adam właśnie zamykał drzwi. Miał na sobie biały rozciągnięty
T-shirt i czarne bokserki, w których bardzo odznaczała się jego męskość.
- Nie, nie mogę usnąć. Jest tak gorąco, że zaraz chyba się usmażę. – powiedziałam. Musiałam bardzo się pilnować, aby nie zerkać w jego stronę.
- Nie przeszkadza ci strój, w którym chcę spać? Bo jeśli wprowadza cie to w zakłopotanie, to mogę coś… ubrać.
Spojrzałam na niego. Było mi bardzo miło, że przejął się taką błahostką i gotów jest się dla mnie poświęcić (biorąc pod uwagę wysokość temperatury).
- Nie, spokojnie. Tak się zastanawiam, jak ty masz zamiar spać?
Podrapał się w tył głowy, przez co dostrzegłam lekki zarost włosków pod pachami.
- Rozłożę śpiwór.
- Zapakowałeś śpiwór?! – zdziwiłam się.
Adam lekko się zarumienił.
- Tak, takie przyzwyczajenie z harcerstwa.
- Byłeś harcerzem? – zdziwiłam się – Też kiedyś chciałam wstąpić, ale nie mogłam… – wyznałam i nagle przerwałam, gdyż zdałam sobie sprawę, że powiedziałam za dużo.
- Jak to nie mogłaś? Harcerstwo jest za darmo i dla każdego. – wyjaśnił z uśmiechem.
- Tak, wiem. Moja przyjaciółka zrezygnowała, a samej mi się nie chciało. – rzuciłam z nadzieją, że nie będzie drążył tematu.
Ku mojej uciesze tak właśnie się stało. Wstał i podszedł do komody. Chwilę czegoś szukał, aż wreszcie wyjął granatowy śpiwór.
- Nie będzie ci za twardo na tej podłodze? – spytałam. Było mi bardzo głupio, że niedość, że wbiłam do pokoju Adama, to jeszcze zajmuję mu łóżko.
- Pewnie tak. – uśmiechnął się – Ale nie mamy innego wyjścia, prawda?
- Mogę się przenieść na tą noc do innego hotelu.
Widziałam, jak jego wzrok ulega zmianie.
- Nawet mnie nie denerwuj. Sądzisz, że pozwolę ci pójść nocą przez te obce uliczki? Zabawne… – mruknął i zaczął rozkładać swoje posłanie. Schylił się, przez co miałam możliwość przyglądania się jego zgrabnemu tyłeczkowi. Wyglądał całkiem apetycznie…
Uśmiechnęłam się na słowa, które wypowiedział. Wiem, że mówiąc je, kierował się raczej poczuciem obowiązku niżeli troską, ale i tak sprawiło mi to przyjemność.
- No dobra, tylko się nie złość… – szepnęłam do siebie, nie wiedząc, że Adam też to usłyszał.
- Hmm… aż tak ci zależy, żebym był spokojny? – uśmiechnął się. Kucnął, pośladkami siadając na piętach, a ręce oparł na „moim” łóżku.
- Martwię się o twoje serce. W końcu jesteś staruszkiem, możesz w każdej chwili wykitować. – roześmiałam się i założyłam jedną nogę na drugą.
- Staruszkiem? Widzisz? – pokazał na swoje włosy – Nie ma tutaj ani jednego siwego włoska! A tutaj? – przeniósł moją dłoń na swoją pierś. – Twarda jak skała! Ani grama tłuszczu! – powiedział, gdy moja ręka wylądowała na jego brzuchu.
- Jakie fajne włoski. – powiedziałam rozbawiona.
- To kobiety mają być gładkie! – roześmiał się – My, faceci, musimy mieć troszkę owłosienia.
- A nogi? – zerknęłam na nie. Miał je owłosione, ale niezbyt mocno. Tak seksownie i po męsku, ale nie obrzydliwie.
- Nogi to podstawa. Faceci nóg nie golą.
- Ahm, fajnie wiedzieć. Gdy kiedyś będę miała syna, przypilnuję go, aby mi nie zniewieściał.
- Trzymam cię za słowo. – uśmiechnął się.
- Pooglądamy telewizję? – zaproponowałam.
- Jasne, możemy… – odparł niepewnie. Wiedziałam, o czym myślał.
- Chodź, usiądź koło mnie.
Nie musiałam mu dwa razy powtarzać. Nie minęło pięć sekund, a poczułam jego ciało przy swoim.
- Wygodne to łóżko.
- Oj tak. – rzekłam – Twoje włosy na nogach mnie łaskoczą.
- Nic ci na to nie poradzę, to łóżko jest jednoosobowe, wobec czego nie mamy tutaj zbyt wiele miejsca. Aż tak ci to przeszkadza? – nagle wydawał się zmartwiony.
Roześmiałam się i dałam mu kuksańca.
- No coś ty, żartowałam. Całkiem to przyjemne… taki masaż. – uśmiechnęłam się.
- Masaż? W takim razie w porządku. Oglądajmy.
Włączył jakiś film, który kompletnie nie pasowałby do opisu hollywoodzkiego filmu.
- Wiesz co? Fajnie jest traktować cię jak przyjaciela. – wypaliłam nagle.
- Cieszę się. Jeśli chcesz, możemy zachować tą relację nawet po zakończeniu tego wyjazdu. Oczywiście tak, aby nie dowiedział się nikt z pracowników i studentów.
- Jasna sprawa.

Adam:
Spodziewałem się tego, iż Wiktoria usnęła, ponieważ od dziesięciu minut w pokoju panowała cisza (nie licząc oczywiście telewizora). Zerknąłem na nią, wyglądała prześlicznie. Włosy jej zaczęły nachodzić na oczy. Chciałem je poprawić, ale nie miałem jak, ponieważ wtulała się we mnie. Nie wiedzieć czemu, byłem cholernie szczęśliwy. W tamtej chwili nie oddałbym jej nikomu. To troszkę przerażające, ale coś takiego właśnie czułem.
Cieszył mnie również fakt, że ufa mi tak bardzo, aby przy mnie zasnąć.
Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Zerknąłem na komórkę; dochodziła trzecia w nocy.
Kto to może być o tej porze? – pomyślałem.
Delikatnie zdjąłem z siebie śpiącą Wiktorię, „rozplątałem” nasze nogi i wstałem.
- Sekunda. – powiedziałem nieco głośniej, aby osoba za drzwiami usłyszała.
Jeszcze raz spojrzałem na Wiktorię, po czym podszedłem do drzwi.
- Rafał?! – zdziwiłem się – A co ty tu robisz?
- Przepraszam pana za obudzenie. Martwię się o Wiktorię. Nie mogę jej znaleźć.
Myśl szybko!
- Wiktoria zatrzymała się w innym pokoju. Porozmawiasz z nią jutro.
- W którym pokoju, jeśli można wiedzieć? – spytał.
- Nie dowiesz się tego ode mnie, mój drogi.
- Martwię się o nią.
- Martwisz? Nie trzeba było schlać się jak świnia. Pogadasz z nią jutro. Zresztą, ze mną również sobie porozmawiacie. Oboje: Wiktor i ty. A teraz wracaj do pokoju. Dobranoc.
- Dobranoc. – mruknął.
Zamknąłem drzwi i spojrzałem na Wiktorię. Na szczęście spała. Nie chciałbym jej obudzić; a jeszcze bardziej nie chciałbym, aby ktoś się dowiedział, że moja studentka nocuje w moim pokoju, co więcej, śpi w moim łóżku!
Powoli podszedłem do Wiktorii. Zdjąłem włosy z jej twarzy i zaczesałem za uszko. Miałem ochotę ją pocałować, ale nie mogłem tego zrobić. Zdecydowałem się tylko na cmoknięcie w czoło na dobranoc.
Gdy już to uczyniłem, wyłączyłem telewizor i wskoczyłem pod śpiwór. Musiałem pomyśleć na swoim zachowaniem, bo zdecydowanie coś jest ze mną nie tak…

————————————————————————–
Hej! Przepraszam za taką długą nieobecność i za ten rozdział! Wiem, że jest raczej średni, ale potrzebowałam takiego rozdziału, aby znowu wdrożyć się w tą historię. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. Komentujcie! Bo nie wiem, czy ktoś w ogóle czyta moje wypociny. Pozdrawiam! :) Do następnego, pa :*

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Rozdział 8

 

Rozdział 7

21 lip

Wiktoria:
- Do widzenia. – pożegnałam się z taksówkarzem, po czym, zabierając wszystkie swoje bagaże, wyszłam z samochodu. Rozejrzałam się wokół. Bydgoszcz – miasto, które jest stosunkowo blisko Torunia, a tak bardzo mi nieznane. Nigdy wcześniej tu nie byłam, toteż nie miałam możliwości zwiedzić czegokolwiek. Teraz także nie było o tym mowy, ponieważ przyjechałam tutaj tylko na lotnisko, gdyż właśnie stąd odlatywał samolot do Włoch.
- Do dzieła, dziewczyno! – zmotywowałam się i, dość niepewnie, ruszyłam do przodu. Trochę się denerwowałam. Pierwszy raz w życiu miałam polecieć samolotem, a nie byłam pewna, czy nie mam żadnej choroby.
Wzięłam głęboki oddech, ponieważ widok w środku totalnie zaparł mi dech. Setki ludzi krążyło po terenie całego lotniska, każdy zajęty swoimi sprawami. Przez szklane okna, które zastępowały ściany, widziałam lądujące samoloty. Nie myślałam, iż są one tak ogromne. Owszem, na filmach widać ich wielkość, ale wiecie, jak to jest z kinem, prawda? Nie zawsze wszystko zgadza się z rzeczywistością.
Całe wnętrze było szaro-białe, tylko niektóre elementy wyróżniały się intensywnym kolorem – czarnym.
Starałam się wypatrzeć moich towarzyszy, którymi okazali się, oprócz Adama Dorosza, Rafał i Wiktor. Rafał był bardzo sympatycznym chłopakiem. Wysoki i umięśniony budził zainteresowanie u płci przeciwnej. Nie znałam go długo, ale czułam, że mogłabym się z nim zaprzyjaźnić. Wiktor natomiast to typowy błazen. Był na roku ze mną i, tak szczerze, nie lubiłam go. Zachowywał się jak palant. Najgorsze w jego zachowaniu było twierdzenie, iż jesteśmy sobie przeznaczeni. Dlaczego? Ze względu na zbieżność imion; Wiktoria i Wiktor… chore.
- A, tu jesteś, czekaliśmy na ciebie. – zza moich pleców dobiegł mnie głos Dorosza. Odwróciłam się i nieśmiało uśmiechnęłam.
Od incydentu w samochodzie minęło kilka dni. Nie do końca wiedziałam, jak powinnam się teraz zachowywać. Na wykładach siedziałam cicho i starał się nie patrzeć na wykładowcę, ale na korytarzu było ciężej. Adam dwa razy próbował mnie zatrzymać i pogadać. Nie potrafiłam, dlatego za każdym razem musiałam wymyślać jakieś banalne wymówki.
- Dzień dobry. Spóźniłam się? – spytałam. Kiedy ostatnio patrzyłam na zegarek, a było to krótko przed wyjściem z taksówki, miałam jeszcze ponad godzinę.
Dorosz uśmiechnął się. Ten facet zdecydowanie jest zbyt przystojny… – pomyślałam. Dlaczego nie mogłam dostać łysiejącego, grubego, wrednego typka jako wykładowcę?
- Nie, skądże znowu. Po prostu myślałem, że dogadałaś się z chłopakami i razem przyjedziecie. Dlatego się tak zdziwiłem. Ale skoro już jesteś, to nie ma problemu. – rzekł – Chodź za mną. – Dodał. Ku mojemu zaskoczeniu, odebrał ode mnie walizki i kiwnął głową na znak, że mam iść pierwsza.
Miło było, gdy ktoś się o ciebie martwił. Miałam ciotkę, której niekoniecznie zależało na tym, aby było mi miło. Owszem, dbała o to, abym miała co jeść i pić. Pilnowała, by nie zabrakło mi ubrań oraz wszystkiego, czego potrzebowałam. Za to jestem jej ogromnie wdzięczna. Niestety, o jednej rzeczy, najważniejszej, zapomniała. Miłość. Nie zaznałam tego od niej. Będąc dziewczynką, nie poznałam uczucia bycia kochanym. Dlatego teraz, gdy mam 22 lata, każdy przejaw troski jest dla mnie niesamowitym odczuciem. Nawet jeśli słowo troska, tak jak w tym wypadku, jest zbyt mocne.
- Wiesz już, co chcesz zwiedzić? – spytał Dorosza.
- Nie, proszę pana, jeszcze o tym nie myślałam. We Włoszech jest tak wiele pięknych miejsc, że postanowiłam improwizować. Zobaczę to, gdzie mnie nogi poniosą. Myślę, iż tak będzie najsprawiedliwiej.
- Mhm, rozumiem. Nie taka zła myśl. Tylko mam jedno zastrzeżenie… – mruknął. Zerknęłam na niego, a w jego oczach dostrzegłam niewielkie płomyki gniewu.
- O co chodzi, proszę pa… – urwałam. Dotarło do mnie, czym go zdenerwowałam.
- No właśnie. – mruknął.
- Wybacz, Adamie. – lekko się do niego uśmiechnęłam.
Od tego wydarzenia w samochodzie, zaczęłam myśleć nad dziwnymi sprawami. Na przykład ostatnio, w środę, na wykładzie u Dorosza, rozmyślałam nad tym, jakiego koloru ma bokserki. To obłęd; nie powinno tak się dziać.
Jednak nie potrafiłam przestać wyobrażać go sobie w różnych scenkach. Raz mi się nawet przyśnił… zupełnie nagi. Obudziłam się wtedy cała spocona i podniecona.

Siedzieliśmy w kawiarence i czekaliśmy na nasz samolot. Kawa, którą tutaj podawali, była niesamowicie pyszna. Piłam już trzecią cappuccino. Nie, żebym była jakimś wielkim miłośnikiem kofeiny. Po prostu mi zasmakowała.
- Podobno we Włoszech mają najlepszą kawę na świecie. – powiedział Rafał.
Tylko na niego zerknęłam. Jakoś nie potrafiłam zebrać się na luźną pogawędkę. Miałam podejrzenie, że to wszystko spowodowane jest przez mężczyznę, który siedział koło mnie.
Stolik, który zajmowaliśmy, ustawiony był wzdłuż ściany. Do niego dostawiono jedną ławeczkę ze skórzanym obiciem i dość wygodnym oparciem. Siedzieliśmy w taki sposób, że ja byłam najbliżej ściany, obok mnie wspomniany wcześniej Dorosz, a koło niego Rafał i Wiktor.
- Tak, też o tym słyszałem. – potwierdził Adam, po czym zwrócił się do nas wszystkich – Wyjazd ten uważany jest za studyjny, czyli w pewnym sensie macie się uczyć. Powiem wam jednak z doświadczenia, iż te wyjazdy nie są traktowane jak jakieś wielkie seminaria czy kursy. Uczcie się, ale przede wszystkim relaksujcie. To jest waszą nagrodą. Dlaczego mielibyście być karani za to, że jesteście jednymi z najlepszych studentów uczelni? Nauka jest ważna, ale w dużych ilościach niezdrowa. Potraktujcie ten tydzień jako małe wakacje, zgoda? – zaproponował.
- Pewka, psorze! – odparł rozradowany Wiktor. Rafał skinął głową, natomiast ja nie zareagowałam w żaden sposób.
- Wiktoria? – zapytał Dorosz, jakby chciał sprawdzić, czy dotarły do mnie jego słowa.
- Tak, zrozumiałam. Dostosuję się do pańskich rad.
Ten jedynie skinął głową.

Kilka chwil później wchodziliśmy na pokład samolotu. Jak się okazało, miałam miejsce koło Rafała. Na całe szczęście… – pomyślałam.Rafał to z tej trójki zdecydowanie najlepsza alternatywa. Nie musiałam obawiać się żadnych głupich tekstów z jego strony ani nie było potrzeby, abym pilnowała sama siebie, jakby to było w przypadku siedzenia koło Dorosza.
- Jak samopoczucie? – spytał, kiedy zajęliśmy już swoje miejsca.
- Pierwszy raz w życiu lecę samolotem. – uśmiechnęłam się, lekko zawstydzona. Chłopak machnął ręką.
- E tam, nie przejmuj się. Będzie dobrze, uwierz mi. – zapewniał.
- Leciałeś już kiedyś? – zapytałam. Rafał skinął głową.
- Tak, parę razy. Wiesz, mój tata mieszka w Londynie, a mama w Polsce. Rozwiedli się, gdy byłem mały. Dlatego latanie dla mnie to prawie codzienność. – wyjaśnił. Uśmiechnęłam się i odwróciłam twarzą do niego. Zaczęliśmy rozmawiać i byłam pewna, że przy Rafale ta podróż wcale nie okaże się taka nużąca…

Adam:
Pech chciał, że moje miejsce przypadło kilka siedzeń za Wiktorią. Nie bierzcie mnie za jakiegoś psychopatę, ale cóż… po prostu chciałem być bliżej niej. Od czasu, gdy mnie pocałowała, nie mogłem przestać o niej myśleć. To było takie, nie wiem, magiczne? Gdybym mógł, chętnie bym to powtórzył.
Wiem, że nie powinienem mieć takich myśli, jednak one były silniejsze ode mnie. Nic nie mogłem na to poradzić. Tak samo, jak nie mogłem nic poradzić na fakt, iż właśnie teraz Wiktoria prowadzi ożywioną konwersację z Rafałem. Co się z tobą dzieje, chłopie? – pomyślałem.
Może to wszystko nie byłoby takie złe, gdyby nie Wiktor. Wkurzał mnie tak mocno, że najchętniej dałbym mu w twarz tylko po to, aby wreszcie się zamknął. Miałem dosyć pytań typu „Co pan myśli o tej? Niezłe ma nogi, prawda?”.
- Tak, są całkiem niezłe… – mruknąłem niechętnie.
- Aj, przesadza pan. Całkiem niezłe? Wiem, że nie są tak seksowne jak Wiktorii, ale też dają radę, prawda? – roześmiał się.
Na te słowa cały się spiąłem. Oni chyba nie… nie, to niemożliwe, aby taka rozsądna dziewczyna była z tym idiotą. Poza tym na pewno nie siedzieliby osobno, prawda?
Jednak te słowa nie pomogły mi się uspokoić.
- Wy jesteście razem? – odważyłem się spytać, przybierając lekki ton, tak, aby niczego się nie domyślił.
- Ja i Wiktoria? Nieee, nie ma opcji. To znaczy ja nie miałbym nic przeciwko, ale ona mnie nie chce. W ogóle wydaje mi się, że nie przepada za mną.
- Rozumiem. – odparłem, uśmiechając się w duchu. Chociaż jeden problem z głowy.
Ale dlaczego ja tych chłopaków traktowałem jako problem, to nie wiem. Chyba zaczynałem wariować…

Po lekko ponad godzinie byliśmy na miejscu. Gdy tylko wysiedliśmy, uderzyła w nas tutejsza temperatura, na oko około trzydziestu stopni. Słońce waliło z każdej strony. Cieszyłem się, że pod swój płaszcz ubrałem tylko cienką błękitną koszulę, bo w innym wypadku bym się chyba ugotował.
Ciekawy, na co zdecydowała się Wiktoria, zerknąłem w jej stronę. Miała na sobie lekką sukienkę w zielonym kolorze bez rękawów. Chciałem podejść do niej i pomóc jej z bagażami, ale niestety, Rafał okazał się szybszy. Wymruczałem pod nosem przekleństwo i, zgarniając swoich podopiecznych, jeśli to było dobre słowo, udałem się do czekającej już na nas taksówki.
Miejsce, w którym się zatrzymaliśmy, i które rzekomo miało być czterogwiazdkowym hotelem, okazało się niewielkim motelem. Nie wiem, które w tym momencie uczucie było silniejsze: rozbawienie czy złość. A może szok?
- A to niespodzianka… – mruknął Wiktor. Spojrzałem na niego. No tak… tak właściwie to nie miałem pojęcia, że w Rzymie są motele. Myślałem, że można je spotkać jedynie u nas, w Polsce, albo w tych tanich amerykańskich produkcjach.
- Na pewno dobrze trafiliśmy? – zapytał Rafał. Spojrzałem na kartkę, którą miałem w rękach.
- Tak… na pewno.
Ze świstem wypuściłem powietrze i spojrzałem na Wiktorię. Wydawała się być spokojna, jakby taki widok jej nie zaskoczył.
- Co o tym myślisz? – spytałem. Przeniosła swój wzrok wprost na mnie. Miałem idealną pozycję, aby patrzeć wprost w jej idealnie brązowe oczka. Widziałem w nich błysk determinacji.
- Nic na to nie poradzimy. Jakoś przeżyjemy, prawda? To tylko tydzień. Poza tym nie jest tutaj najgorzej. Jest ciepło i mamy dostęp do wody. Spać też jest gdzie, no nie? Niektórzy tego nie mają… – ostatnie słowa wypowiedziała trochę ciszej. A to ciekawe… – pomyślałem.
Zabrawszy wszystkie potrzebne dokumenty, podszedłem do czegoś na wzór recepcji.
- Halo, jest tu ktoś? – zawołałem. Czułem się jak w jakimś banalnym horrorze. Zaraz okaże się, że pracuje tutaj jedno stare małżeństwo, a pokój, w którym zamieszkamy będzie miał zamontowane ukryte kamery, które nagrają naszą śmierć.
- Chyba nikogo nie ma. – powiedziała Wiktoria, która podeszła i stanęła koło mnie, ręce opierając o blat recepcji.
- Mhm… a nie, czekaj, tam jest dzwonek. – głową wskazałem metalowy, srebrny dzwoneczek, który stał za doniczką z paprotką. Wyciągnąłem rękę i zadzwoniłem.
Po chwili wyszedł do nas młody chłopak. Wyglądał na około dwadzieścia lat, rude włosy, piegowaty i niski.
- Dzień dobry. – przywitał się – W czym mogę państwu pomóc?
- Mieliśmy zarezerwowane pokoje. – wyjaśniłem.
Chłopak poszukał czegoś w komputerze, aby zaraz móc powiedzieć:
- Pan Doros? – spytał. Rozmawianie po angielsku nie szło mu najlepiej, dlatego nie poprawiłem go, nie chcąc wprowadzać go w zakłopotanie.
- Tak. – przytaknąłem.
- Ma pan zarezerwowane cztery pokoje, zgadza się? – spytał. Kiwnąłem głową. – Mogę zobaczyć jakiś dowód?
- Pewnie. – powiedziałem i sięgnąłem do kieszeni, w której miałem paszport. Niestety, jedyne co wymacałem, to chłodny materiał kieszeni jeansów.
- Chwilka… – powiedziałem i sprawdziłem do swojej torby.
- Proszę. – usłyszałem głos Wiktorii. Odwróciłem się i ujrzałem, jak podawała mu MÓJ paszport.
- Skąd ty to masz? – zapytałem, chowając do torby wszystko to, co przed momentem wyrzuciłem na wierzch, czyli: koszulę, T-shirt, spodenki i dwa krawaty.
Wiktoria stanęła na palcach i szepnęła:
- Wypadł ci z kieszeni. Powinieneś bardziej uważać. – nieśmiało się uśmiechnęła. Spodobało mi się to, co zrobiła.
- Tak, masz rację. – również szepnąłem. Nagle przypomniałem sobie o Rafale i Wiktorze. Odwróciłem się, aby sprawdzić, czy nigdzie nie poleźli i najważniejsze, czy nie widzieli naszego szeptania. Niby nie było to nic takiego, ale jednak dziwne, gdy uczeń lub student szepcze coś do ucha swojemu wykładowcy, prawda?
Całe szczęście zajęci byli rozmową i wydawali się nie zwracać uwagi na nikogo i na nic.
- Proszę. – rzekł młody recepcjonista. Odebrałem od niego klucze, po czym podziękowałem i ruszyłem w stronę chłopaków.
- To wasze klucze. – dałem każdemu po jednym. Wiktoria zabrała swój od razu. – Robimy sobie wolne do końca dnia, zgoda? Lot był męczący, nie ma się co spinać. – zaproponowałem.
Wszyscy przyjęli tą wiadomość bardzo entuzjastycznie.
- W takim razie do później. – niemal równocześnie Wiktor i Rafał wykrzyknęli te słowa i zaraz ich nie było.
- No tak, więc zostaliśmy sami… – powiedziałem. Nie, żeby smucił mnie taki stan rzeczy.
- Tak właściwie to ty zostałeś sam. Ja idę na spacer. – odparła Wiktoria i, podobnie jak chłopacy, automatycznie się ulotniła, swoje rzeczy zostawiając w recepcji. Nie wiem, czy tak można było, czy może pomogła sobie urokiem osobistym.
Pokręciłem głową i zachichotałem. Wziąłem swoje bagaże i ruszyłem w stronę swojego pokoju.

Delikatne, błękitne ściany, biały sufit, imponujący żyrandol, mała komoda, niewielka szafa i podwójne łóżko to były rzeczy, które zastałem, gdy przekroczyłem próg pokoju. Jak oceniałem całość? Pomimo pierwszego wrażenia, jakie wywarł na mnie ten motel, musiałem przyznać, że pokój prezentował się naprawdę dobrze. No może z tym wyjątkiem, że nie było tutaj telewizora.
Torbę postawiłem na łóżku i, nie tracąc więcej czasu, skierowałem swe kroki w stronę pobliskiego baru. Nie miałem zamiaru całego dnia przesiedzieć w pokoju. Zwłaszcza, że świeciło słońce, a ja nie byłem jeszcze niedomagającym staruszkiem, prawda?

***

Nawet nie zauważyłem, kiedy dzień tak szybko mi zleciał. Gdy wchodziłem do tego baru, dochodziła godzina 15:00. Teraz, kiedy wychodziłem było przed 22:00. Spojrzałem na telefon i dostrzegłem trzy nieodebrane połączenia. Dwa od mojej siostry i jedno od… Wiktorii? Czegoż ona mogła ode mnie chcieć?
Szybko wszedłem do motelu i od razu zauważyłem siedzącą w recepcji Wiktorię.
- Dlaczego tu jesteś? – dostrzegłem jej bagaże – Nie zaniosłaś ich do swojego pokoju?
Wiktoria słysząc moje słowa, przerwała rozmowę z rudowłosym chłopcem z recepcji i spojrzała na mnie.
- Nie mogłam. Okazało się, że ktoś tam mieszka. – wyjaśniła – Rozmawiałam już z Enrique i przeprosił za pomyłkę. Niestety nic nie można z tym zrobić. – powiedziała. Wstała i, ciągnąc mnie za rękę, podeszła do wyjścia.
- Dzwoniłam do ciebie, ale najwyraźniej nie słyszałeś. – powiedziała lekko – Pojadę i prześpię się w innym hotelu.
- Wykluczone. – odparłem automatycznie – Nie puszczę cię samej… – nie wiem, dlaczego to powiedziałem, ale trudno. Było już za późno. Wiktoria wyglądała na zaskoczoną. – Pójdę do chłopaków i powiem, żeby przenieśli się do jednego pokoju, a ty zajmiesz ten, który zwolnią.
- Już tego próbowałam. Niestety, to niemożliwe. Wiktor poznał jakąś… przyjaciółkę i zaprosił ją na noc.
- A Rafał? – spytałem.
- Za dużo wypił. – wyjaśniła jak gdyby nigdy nic – To naprawdę żaden problem, abym poszukała czegoś innego.
- Już powiedziałem, że nie! – lekko podniosłem głos. Ręką przejechałem po twarzy – Przepraszam. Po prostu wykluczone, abyś spała gdzie indziej…
- To w takim razie gdzie mam się zatrzymać? Tutaj? – widziałem w jej oczach bezradność.
- U mnie… – wypaliłem, zanim to w ogóle przemyślałem. No nic, zapowiadała się długa noc… A jutro pogadam sobie z chłopakami, bo wydaje mi się, że trochę się zapomnieli.

——————————————————
Jest kolejny rozdział. Mam nadzieję, że troszkę odrobiłam ten ostatni, 6. rozdział. Komentujcie! Dla was to naprawdę chwilka, a ja będę chociaż wiedziała, że ktoś to czyta. Wystarczą dwa, trzy słowa.
Pozdrawiam i życzę miłego dnia! :*

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Rozdział 7

 

Rozdział 6

13 lip

Wiktoria:
***
Od mojego ostatniego spotkania z Adamem Doroszem minął już lekko ponad tydzień. Mówiąc „ostatnie spotkanie” mam na myśli oczywiście wspólny spacer. Czy coś się zmieniło? Zdecydowanie tak. Adam przestał się mnie czepiać. Owszem, bywa nadal tak, że specjalnie wprowadza mnie w zakłopotanie, ale już nie tak często jak na początku.
Zwróciłam uwagę również na to, jak dziewczyny reagują na wszystko, co powie wykładowca. Faktycznie, miał rację. Zgadzają się ze wszystkim, co powie. Kompletnie nie mają swojego zdania, co jest przezabawne, ponieważ w przerwach między wykładami, nie można wytrzymać od ich zrzędzenia i wysłuchiwania opinii na różne tematy, jakby na wszystkim się znały…
Ach! I zapomniałabym jeszcze o jednej ważnej rzeczy, a mianowicie o tym, że przestałam nazywać Dorosza profesorem, a zaczęłam zwracać się do niego po imieniu… póki co w myślach, ale zawsze.
***

W końcu natarczywy dźwięk budzika, który próbowałam ignorować, przedarł się przez powłoki mojego snu. Lekko otworzyłam oczy i zerknęłam na zegarek. Dochodziła 6:00. Pora wstawać – pomyślałam. Podniosłam się do pozycji pół leżącej, a swoje ciało oparłam na łokciach. Pomyślałam o dzisiejszym dniu.
Dziekan zapowiedział, że 9. października, czyli dzisiaj, zostaną ogłoszone listy osób, które zakwalifikowały się do wyjazdów studyjnych w różne części Europy. Ja zgłosiłam się do Berlina i Rzymu, i miałam cichą nadzieję, że mnie przyjmą. Wyjazdy mają odbyć się w kilkuosobowych grupach, a do każdej z nich zostanie przydzielony opiekun. Westchnęłam. No nic, zobaczymy, jak to będzie.
Przeciągnęłam się, po czym wstałam. Doszłam do szafki z czystą bielizną. Wybrałam czarne figi i pasujący do nich stanik. Już wczoraj przygotowałam ubrania na dzisiaj. Zdecydowałam się na zamszową półelegancką spódnicę, białą bluzkę z kołnierzykiem oraz granatowy sweterek.
Poszukałam jeszcze telefonu, po czym udałam się do łazienki, aby wziąć prysznic. Po około czterdziestu minutach byłam gotowa do wyjścia.

Adam:
Wiele osób uważa, że październik nie jest idealnym miesiącem do biegania. Podobno za zimno. Jakie jest moje zdanie? A mianowicie takie, że to wszystko gówno prawda. Nie ma to, jak po przebudzeniu wyjść na ten chłód, który cie rozbudzi. Mnie osobiście o wiele lepiej myśli się na powietrzu, a już w szczególności wtedy, kiedy jest zimno.
Właśnie wszedłem do mieszkania po swoim standardowym treningu. Już w korytarzu zrzuciłem z siebie ubrania i nagi poszedłem pod prysznic. Nabrałem w rękę eukaliptusowego żelu i dokładnie rozprowadziłem go po całym swoim ciele…

Po około dziesięciu minutach stałem przed lustrem i patrzyłem w swoje odbicie. Moje ciało nadal dobrze się prezentowało, nadal mogłem podobać się kobietom. I, nie wiedzieć dlaczego, kiedy tylko to stwierdziłem, przed oczami ujrzałem twarz Wiktorii. Potrząsnąłem głową.
- Weź się w garść, stary… – powiedziałem do siebie.
Zgasiłem światło, zamknąłem drzwi łazienki i poszedłem do sypialni, aby przygotować się do pracy. Dzisiaj nie miałem żadnych zajęć na uczelni, ale za to kilka zebrań w banku. Dzień zapowiadał się długi i miałem nadzieję, że nie będzie to jeden z najgorszych dni w moim życiu.

***

Siedziałem w fotelu przy okrągłym stole, wykonanym z dębu i pomalowanym na czarno. Zdecydowałem się na błękitną koszulę, granatowy garnitur i krawat w tym samym kolorze. Cieszyłem się, że wziąłem ze sobą również spinkę do krawata, bo gdybym nie miał czym się tutaj zająć, pewnie umarłbym z nudów.
Spotkanie dotyczyło utworzenia nowego rodzaju kont dla zagranicznych klientów. Główną cechą tych kont byłaby zmniejszona opłata za ich prowadzenie. Niby nic takiego, bo przecież są już takie konta. Jednak ten rodzaj różniłby się tym, iż opłaty byłyby przeliczane według walut… Długo by o tym mówić.
Jeśli chodzi o spotkanie, to nie spodziewałem się, że będzie aż tak tragicznie. Nudy, nudy i jeszcze raz nudy. Słuchałem tego, co mówią moi współpracownicy i zastanawiałem się nad tym, co ja tutaj robię…
- A ty co o tym myślisz, Adamie? – spytała Kasia, moja współpracownica. Była bardzo seksowna i czasami żałowałem, że jest lesbijką.
Co ja miałem jej odpowiedzieć? Przecież nie wiem nawet, o czym dokładnie rozmawiali. Tak, wiem, beznadziejny ze mnie szef.
- Uważam, że… – nagle rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu. Uratowany – pomyślałem.
- Przepraszam na chwilę. – szybkim krokiem opuściłem salę konferencyjną, w której odbywało się to nieszczęsne zebranie.
- Słucham? – powiedziałem, kiedy upewniłem się, że na korytarzu jestem całkiem sam. Nawet jeśli rozmowy, które prowadziłem, nie były jakieś mega tajne, to i tak nie lubiłem, gdy ktoś słyszał to, o czym rozmawiam z inną osobą.
- Dzień dobry, z tej strony Tadeusz Czeleń. Chciałem zaproponować panu spotkanie. – rzekł.
- Mhm, a w jakiej kwestii? – spytałem.
- Nic strasznego. – zapewnił i roześmiał się. – Kiedy panu pasuje?
Odwróciłem się i spojrzałem na drzwi sali konferencyjnej.
- Teraz.
- Tak? To dobrze się składa, bo mam trzygodzinną przerwę. To może za dwadzieścia minut w kawiarence przy uczelni. Wie pan, gdzie to jest?
- Mhm, orientuję się. – powiedziałem.
Zakończyliśmy rozmowę, a ja z ogromnym bananem na ustach wróciłem do swoich współpracowników, aby oznajmić im, że „niestety” musimy przełożyć zebranie na kiedy indziej…

- Jak to brakuje opiekunów? – spytałem po trzydziestu minutach, kiedy razem z Tadeuszem Czeleniem siedziałem w małej kawiarni. – Chyba nie rozumiem. Przecież z tego, co się orientuję, to lista wykładowców odpowiedzialnych za poszczególne grupy uczestników wyjazdów studyjnych dawno została wywieszona. O co chodzi?
- No tak, ale mąż pani Mróz miał wypadek.
- Stało mu się coś poważnego? – zapytałem.
- Nic takiego, ale biedaczyna połamał dwie nogi i teraz żona musi mu pomóc. – wyjaśnił.
Spojrzałem na swoje splecione dłonie. Nie do końca byłem pewien, czy przypadkiem opcja pozostania na tym zebraniu nie byłaby lepsza od tego, co podejrzewałem zaraz usłyszeć.
- I ja mam panu jakoś pomóc, tak?
Starszy mężczyzna wziął łyk swojej kawy, po czym, z dużym uśmiechem, odłożył ją na blat stolika i odezwał się:
- Otóż to. Chcę panu zaproponować, aby to pan wziął pod opiekę młodzież, która udać się ma do Rzymu.
- Nie ma nikogo innego, który byłby chętny? – spytałem z coraz bardziej wypalającą się nadzieją.
- Nie. Ja wiem, że ma pan dużo obowiązków, ale tygodniowy wyjazd nie musi być taki zły, prawda? Jedzie pan z dorosłymi osobami, które nie wymagają opieki. Cała ta zabawa w opiekunów to raczej formalność.
Tak właściwie, to nigdy jeszcze nie byłem we Włoszech. Chciałem pojechać, ale zawsze coś wypadało. Teraz to dobra okazja, żeby skorzystać. A praca? Cóż, tak jak wspomniał mój rozmówca, jadę z dorosłymi ludźmi. Nie będą potrzebowali mojej uwagi, także będę miał możliwość zarządzania firmą przez internet. Tydzień dam radę, a bank nie upadnie.
- Jeśli nie ma nikogo innego, to zgoda, pojadę. – powiedziałem. Moje ostateczne wątpliwości rozwiał szeroki, szczery uśmiech na twarzy pana Tadeusza. Lubiłem sprawiać ludziom przyjemność.
- Cieszę się bardzo. W takim razie omówmy szczegóły. – rzekł.

Wiktoria:
Nie spodziewałam się, że aż tyle osób zapisało się na te wyjazdy. Sala była pełna, toteż cieszyłam się, iż przyszłam pół godziny przed czasem, bo dzięki temu zajęłam miejsce siedzące.
Obok mnie siedział jakiś chłopak, który, prawdę mówiąc, był całkiem przystojny. Miał ciemne włosy, niebieski oczy i śliczny uśmiech. Ubrany był w spodnie koloru khaki i czarny sweterek. Podobał mi się.
- Cześć, jestem Paweł. – przedstawił się. Uśmiechnęłam się do niego.
- Hej, Wiktoria. – uścisnęliśmy sobie ręce.
- Na co się zgłosiłaś?
- Berlin i Rzym, a ty? – spytałam.
- Madryt i Berlin. Może trafimy razem? – zabawnie poruszał brwiami.
- Może… – chciałam dodać coś jeszcze, ale musiałam przerwać, gdyż do sali wszedł dziekan. W ręce trzymał listę, na której na pewno wypisani byli poszczególni studenci oraz miejsca, w które się udadzą.
Po szali przeszła lawina szeptów, z których dało się wywnioskować, iż każdy jest zdenerwowany. Ja, ku mojemu zaskoczeniu, nie odczuwałam strachu. Nie wiedziałam, czy to dobrze. Podobno lepiej nie być zbyt pewnym siebie.
- Witam wszystkich zebranych… – rozpoczął dziekan, uspakajając tym samym tłum zebranych osób – wiem, że się bardzo denerwujecie, dlatego od razu wyczytam osoby. Ci, których nazwiska przeczytam, proszę o udanie się do sekretariatu, w celu odebrania wszystkich potrzebnych dokumentów. Dostaniecie tam państwo również rozpiskę i harmonogram przebiegu wyjazdu, dlatego nie zgubcie tego. – rzekł – Aha i jeszcze jedno. Zaszła niewielka zmiana w opiekunach. Zamiast profesor Mróz do Rzymu pojedzie profesor Dorosz. A teraz, cóż, do dzieła. Osoby które zakwalifikowały się do wyjazdu do Londynu: Agata Andrysiak, Jacek Brzózka… oraz Michał Żydek. – dokończył dziekan, po czym przełożył kartkę i zaczął wyczytywać nazwiska osób, które pojadą do Niemiec.

Po około trzech minutach wiedziałam, że to na pewno nie ja. Mówi się trudno i żyje się dalej, prawda?
- Hej, co robisz? – spytał Paweł, kiedy wstałam ze swojego miejsca.
- Wychodzę. Nie zakwalifikowaliśmy się… niestety. – oznajmiłam z lekkim uśmiechem.
- Tak, wiem, ale wybrałaś jeszcze Rzym, co nie? Może tam ci się uda. – zasugerował. Popatrzyłam na dziekana wymieniającego ludzi jadących do Paryża.
- Straciłam nadzieję na wyjazd. No nic, pójdę już. – dodałam po krótkiej przerwie. Paweł skinął głową i powrócił do swojej poprzedniej czynności, czyli denerwowania się o miejsce w wyjeździe.

Wyszłam z sali i powoli skierowałam się do szatni. Czułam ogromny zawód przez to, że się nie dostałam. Tak jak mówią, nadzieja matką głupich. Naprawdę nie warto być zbyt pewnym siebie.
Uśmiechnęłam się do szatniarki i podałam numerek.
- Dzień dobry, panno Łukasik. – usłyszałam za sobą. Obróciłam głowę i ujrzałam Adama Dorosza.
- Dzień dobry. – przywitałam się i popatrzyłam, co robi.
- Dlaczego nie korzysta pan z szatni dla pracowników? – zapytałam. Ten jedynie głupio na mnie popatrzył.
- A jest taka? – wytrzeszczył oczy i wysunął język. Zachichotałam, podobnie jak szatniarka.
- Proszę. – powiedziała i podała nam nasze płaszcze.
Ubraliśmy się i razem wyszliśmy na zewnątrz.
- Gratulację. – spojrzał na mnie niepewnie – Słyszałam, że został pan opiekunem wyjazdu.
- A no tak. Dziękuję… chyba. – zawstydzony spojrzał na mnie.
- Wprawiłam pana w zakłopotanie? – spytałam, kiedy doszliśmy do jego samochodu.
- Nie, nie. – zapewnił szybko – Mam nadzieję, że nie będziesz sprawiać mi kłopotu.
Ok, chyba czegoś nie załapałam.
- Ale jak… nie rozumiem. – powiedziałam.
- Jak to? Przecież jedziesz do Rzymu, pod moją opieką. – wyjaśnił.
- Ale przecież… Na pewno? Nie żartuje pan sobie ze mnie? – spytałam podejrzliwie.
Pokręcił głową.
- Nie. A teraz wsiadaj do samochodu. – powiedział i otworzył przede mną drzwi – Zakładam, że teraz idziesz do pracy, prawda?
Skinęłam głową.
- Wobec tego podwiozę cię. No, hop. – zrobiłam, jak chciał.
- Powiedz mi, dlaczego, kiedy spotkałem cię koło szatni, byłaś taka smutna? – spytał, gdy spokojnie włączył się w ruch uliczny.
Nie wiedziałam, czy powiedzieć mu prawdę, czy lepiej okłamać. Jednak kiedy na chwilę zerknął na mnie, zdecydowałam się być z nim zupełnie szczera.
- Początkowo zgłosiłam się na wyjazd do Berlina – zaczęłam – i kiedy okazało się, że nie udało mi się na niego dostać, troszkę się załamałam. Nie słuchałam tego, kto zakwalifikował się do Włoch. Po prostu wyszłam z sali. Gdybym nie spotkała pana, prawdopodobnie bym się nie dowiedziała i nie odebrałabym… dokumentów. Kurcze! Musi pan zawrócić. – spanikowana powiedziałam.
- Spokojnie. Dziekan nie przemyślał tego, że w sekretariacie zrobi się chaos. Gdy do tego doszło, stwierdził, że lepiej będzie, gdy każdy opiekun weźmie dokumenty uczestników swojego wyjazdu i rozda je im następnego dnia, czyli jutro.
- Ma pan to przy sobie? – spytałam z nadzieją.
- Tak. Sprawdź z tyłu, w teczce.
- To jest teka… -szepnęłam, ale niewystarczająco cicho, gdyż po chwili samochód wypełnił się śmiechem Adama. Przyznam, że podobał mi się ten dźwięk.
- Oj tak. Poszukaj, gdzieś tam je wrzuciłem.
Przeglądałam i przeglądałam, ale znaleźć nie mogłam. Nagle natrafiłam na jakąś boczną kieszonkę.
- Coś jest z boku. – mruknęłam pod nosem. Lekko uchyliłam przegródkę, ale ujrzałam jakiś materiał. Jedwabny, jak krawat albo… bokserki? Trzymałam w ręku czerwone bokserki.
- O kurwa… Przepraszam. Zapomniałem, że to tam mam. Czasami nocuję w biurze, dlatego… ech, sama rozumiesz. – widziałam, jaki zrobił się czerwony. Roześmiałam się.
- Spokojnie. Jeśli są czyste, to przecież nic takiego się nie stało, prawda? – nie wiem dlaczego, ale trzymając w ręku bokserki Dorosza, czułam w dole brzucha rozchodzące się ciepło.
Dorosz jedynie spojrzał na mnie wymownie.
- Oczywiście, że czyste. – zapewnił, ale w jego oczach widziałam, że ledwo się hamuje, aby nie parsknąć śmiechem. Mnie się to nie udało. Po chwili mój towarzysz dołączył do mnie.
- Trochę niezręczna sytuacja… – powiedziałam.
- Eee tam, mnie się w gruncie rzeczy podobała. – rzekł. Nagle spoważnieliśmy. Spojrzałam mu w oczy.
- Dziękuję, za rozśmieszenie mnie.
- Nie wiem, o czym mówisz. – bronił się
- Naturalnie, że pan wie. Tak samo jak wie pan, gdzie jest szatnia dla pracowników, prawda?
- Ach, mały Sherlock. Rozgryzłaś mnie. – uśmiechnął się. Lekko się zarumieniłam – Nie chodzę tam, ponieważ czuję się wtedy starzej. Pracownicy UMK to w gruncie rzeczy ludzie starsi ode mnie… każdy. Nawet sprzątaczki są po czterdziestce. Zdecydowanie bardziej wolę być z wami, młodymi. A jeśli chodzi o pocieszanie, to nie ma problemu. Polecam się na przyszłość.
- Będę pamiętać. – szeroko się uśmiechnęłam.
- Jesteśmy na miejscu. – oznajmił, a mnie zrobiło się przykro, że to już koniec naszej rozmowy.
- Ach. I ostatecznie nie znalazłam tych dokumentów. No nic, przyjdę po nie jutro. Dziękuję za podwózkę. – złapałam za klamkę i już chciałam wyjść, kiedy na ramieniu poczułam głos Dorosza.
- Mam do ciebie jedną prośbę. Kiedy jesteśmy sami, mów mi po imieniu, dobrze?
- Ale jak? Chyba nie wypada… – szepnęłam.
- Naprawdę? Byliśmy na spacerze, odprowadzam cię pod dom i widziałaś moją bieliznę. Naprawdę nie wypada?
- Właściwie. No dobrze, w takim razie dziękuję, Adamie.
Nie wiem, co mnie podkusiło, ale nachyliłam się i pocałowałam go w policzek.
- Miłe to… – szepnął, będąc w wyraźnym szoku.
- Tak. Dziękuję jeszcze raz. – szybko wyszłam i głośno zatrzasnęłam za sobą drzwi, przywołując tym Adama z powrotem na ziemię.

—————————————————
Jeny! Jak mi się ten rozdział nie podoba! Jest okropny… W następnym postaram się bardziej. Do zobaczenia, pozdrawiam:)

PS. Komentarzy nadal brak. Jest sens dalej pisać to opowiadanie?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Rozdział 6

 

Rozdział 5

05 lip

Wiktoria:
Szliśmy w milczeniu. Nie wiedziałam, jak powinnam zareagować. Ucieszyć się, iż nie muszę sama wracać do domu, czy może zezłościć się na niego? Tylko za co? Za to, że na mnie czekał? Przecież w gruncie rzeczy to miłe, prawda?
Ukradkiem mu się przyjrzałam. Włosy, choć krótkie, były w nieładzie, rozpięta skórzana kurtka, obcisłe jeansy, które doskonale podkreślały mięśnie nóg i czarny T-shirt. Całość uzupełniał pasek z dużą klamrą. Pierwszą rzeczą, która przyszła mi na myśl, patrząc na niego, to to, że wygląda trochę jak kowboj.
Zawsze miałam słabość do tych dużych, wolnych i otwartych terenów Arizony, do tych rancz, słońca, które prażyło niemiłosiernie i, rzecz jasna, do kowbojów. Myślę, że każda kobieta chciałaby mieć swojego kowboja. Zwłaszcza pracującego w upale bez koszulki…
- Jak się pracowało? – męski głos Dorosza przerwał moje fantazje.
- Całkiem dobrze. – przyznałam. Dzisiaj nie było Piotra, także wszystkie miałyśmy spokój. – Skąd pan wiedział, że tutaj pracuję? – spytałam i zerknęłam na jego twarz. Odniosłam wrażenie, że toczy ze sobą jakiś wewnętrzny bój. Nie wiedziałam, czego mógł dotyczyć, ale to chyba nie ważne, bo już po chwili miałam odpowiedź:
- Nie wiedziałem. Dzisiaj rano, kiedy mijałem tą restaurację – głową kiwnął w stronę Secret Steak – zwróciłem uwagę na plakat z pracownikami. Wiesz, kto rzucił mi się w oczy? – spytał. Nie musiał. Domyśliłam się.
Kiwnęłam głową w odpowiedzi.
- No tak. Dorabiam sobie tutaj. – wyjaśniłam. Nie rozumiałam powodu tej rozmowy. Chciałam go poznać, o ile jakiś był…
- Dlaczego pan tutaj czekał, profesorze? – Dorosz nagle się zatrzymał i obrócił mnie w swoją stronę. Złapał mnie za ramiona i, patrząc mi w oczy, zapytał:
- Ile według ciebie mam lat, co? Sześćdziesiąt? – w jego głosie dało się wyczuć złość.
- Nie wiem. Ale jakie to ma znaczenie?
- Mam 34 lata, do cholery! Nie sto! Nie jestem jeszcze dziadkiem, rozumiesz? Innych wykładowców, którzy mają po dwadzieścia lat więcej niż ja, śmiało możesz nazywać profesorami. Ba! Nawet musisz.
- I to robię… – mruknęłam niepewnie.
- Tak? No to świetnie. Ale mnie tak nie nazywaj. Cholera, z tobą jedyną mam taki problem. Inne dziewczyny się ucieszyły, kiedy dowiedziały się, że nie muszą mnie tak tytułować. A ty?
- A ja nie jestem jak inne. Jestem po prostu sobą. – odpowiedziałam.

Przez kilka następnych minut szliśmy w milczeniu. Miło było móc powoli wracać do domu i delektować się przy tym świeżym, rześkim powietrzem. Gdy wracałam sama, starałam się iść jak najszybciej. W końcu nie byłam taka głupia, aby dobrowolnie wystawiać się na pożarcie, że się tak wyrażę.
- Czekałem tutaj, bo jestem sfrustrowany i musiałem z tobą wyjaśnić kilka kwestii. – powiedział mój towarzysz. Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Nie rozumiem, jak mogłabym panu pomóc? – zdziwiłam się.
- Już tłumaczę. Jesteś moją najlepszą studentką. Zadałem ci pracę do domu, choć doskonalę zdaję sobie sprawę, że nie jesteśmy już w liceum. Być może nie powinienem cie karać w taki sposób…
- W ogóle nie powinien mnie pan karać. – przerwałam mu. Spojrzał na mnie znacząco. Zarumieniłam się i pozwoliłam mu kontynuować.
- Jak już mówiłem, nie powinienem ci zadawać tego zadania. Nie zrobiłaś go, co na początku mnie nie zdziwiło, bo tego właśnie oczekiwałem. Myślałem jednak, że nie przyjdziesz się wytłumaczyć. Ty natomiast zrobiłaś tak, czym kupiłaś sobie mój szacunek.
- Bardzo mi miło, ale nadal nie rozumiem, o co chodzi. – powiedziałam. Dorosz westchnął.
- Wkurzyłaś mnie. – wypalił – Dlaczego nie powiedziałaś mi, że jesteś chora? Musiałaś wymyślać jakąś historyjkę? Mogłaś powiedzieć mi prawdę. Czego się bałaś? Masz mnie za jakiegoś pieprzonego potwora? – lekko podniósł głos. Przez ogrom pracy, a później przez niespodziewane spotkanie z Adamem, całkowicie zapomniałam o chorobie, a moje złe samopoczucie brałam za niepewność w obecności tego przystojnego mężczyzny.
Już chciałam odpowiedzieć, kiedy jeszcze mi przerwał:
- Tylko szczerze, dlaczego to zrobiłaś?
- Nie… nie chciałam, aby pan mógł mi później dokuczać. Naśmiewa się pan z tego, że cicho mówię. Nie chciałam dawać panu kolejnego powodu do drwin. – wyjaśniłam.
- Jezu! Nie wiedziałem, że to tak na ciebie działa. Owszem, widziałem jak się złościsz, ale byłem pewien, że tylko takie uczucie w tobie wywołuję. Złość. Boże, przepraszam! – złapał mnie za rękę. Kiedy poczułam szorstkość jego dłoni, przez moje ciało przebiegł dreszczyk. Nie wiedziałam, co się stało, ale bardzo mi się to podobało.
- Nie szkodzi… – nieśmiało się uśmiechnęłam.
- Oczywiście, że szkodzi. Teraz się nie dziwię, że nazwałaś mnie chamem. – widziałam, jak kręcił głową – Mogłaś powiedzieć mi to szybciej. Kurde. Sam powinienem zwrócić na to uwagę. Jeszcze raz przepraszam. – mruknął, a przez światła przejeżdżającego samochodu mogłam zobaczyć wyraźnie malujące się na jego twarzy zakłopotanie.
- Niech się pan nie martwi, przeprosiny przyjęte. – uśmiechnęłam się i uścisnęłam jego dłoń, aby choć trochę dodać mu otuchy. Przecież nie zależało mi, aby mścić się na nim w jakikolwiek sposób. Dlatego nie chciałam, aby miał wyrzuty sumienia.
Mężczyzna odwzajemnił mój uścisk, po czym zabrał dłoń i skrył do kieszeni. Ciekawiło mnie, czy on również poczuł dreszcz, kiedy go dotknęłam…
- Gdzie tak właściwie zaparkowałaś samochód? Sądziłem, że jest bliżej. – zagadał. Spojrzałam na niego i się roześmiałam.
- Nie mam samochodu. Zawsze wracam metrem. – wyjaśniłam.
- Chyba żartujesz! – oburzył się – Sama? Nikt po ciebie nie wychodzi? Chłopak, brat? Ktokolwiek? – spytał.
- Nie ma nikogo takiego. Jestem sama. – odparłam, ale widząc jego minę, dodałam – Proszę się nie martwić, to bezpieczna ulica.
- Tak, ta może i jest bezpieczna, ale metro? Nie boisz się?
Spojrzałam na niego wymownie. Odpowiedź była znana nam obojgu.
- No cóż… – chrząknął – w takim razie zapraszam cię na spacer. – zaproponował.
- Nie mogę. – jęknęłam w duchu. Nie wiem dlaczego, ale bardzo chciałam pójść z nim na ten spacer. Dziwne. – Jutro od rana mam zajęcia. Muszę wrócić do domu, inaczej nie dam rady wstać.
- Z tego co wiem, jutro zaczynasz ze mną, zgadza się? – kiwnęłam głową – Więc idealnie. Zwolnię cię z nich, a ty później podejdziesz do mnie, aby podpisać listę obecności. Taka mała umowa między nami. Pasuje?
- No sama nie wiem… – mruknęłam, choć odpowiedź miałam już gotową.
- Nie daj się prosić. – nalegał. Uśmiechnęłam się i spojrzałam mu w oczy. Dostrzegłam w nich nagły błysk rozbawienia.
- No dobrze. – uległam.
- Wiedziałem, że się zgodzisz.
- Dupek… – mruknęłam, ale chyba niezbyt cicho, bo po chwili usłyszałam śmiech Dorosza.
- A ja Adam, miło mi. – zażartował tym wcale nieśmiesznym żartem. Musiałam jednak przyznać, że ten mężczyzna podobał mi się coraz bardziej. I, choć niechętnie, stwierdzam, że wcale nie jest takim dupkiem, za jakiego go na początku brałam.

Adam:
Szliśmy mała kamienną uliczką, której nazwy nie znałem. Sam nie wiem, dlaczego zaprosiłem ją na ten spacer. To był jakiś impuls. Chyba nie chciałem się z nią jeszcze rozstawać.
Czułem, że powinienem powiedzieć jej o moich obiekcjach związanych z jej pracą. Tylko pytanie: czy miałem jakiekolwiek prawo wtrącać się w to? Raczej nie, a świadomość tego bardzo mnie wkurzała. Dlaczego ona sama nie pomyśli i nie rzuci tego wszystkiego w pizdu?
- Nie jest ci chłodno? – zapytałem, widząc jak rozciera swoje ramiona.
- Nie, ale dziękuję. – wiedziałem, że zaprzeczy.
- Ale ty jesteś uparta. – wyjąłem z kieszeni kurtki czarny, bardzo cienki szalik. Czasami chodziłem na nocne spacery. Ubierałem wtedy właśnie ta kurtkę, a szal, który zawsze miałem przy sobie, zapewniał doskonałą osłonę przed chłodem nocy.
- Proszę – powiedziałem i podałem jej szal. Nie byłem znowu rycerzem, aby oddawać swoją zbroję, dlatego kurtkę zachowałem dla siebie.
- Dziękuję. – szepnęła i dokładnie obwiązała swoją szyję.
- Przepraszam, zupełnie nie pomyślałem o tym, że jesteś chora. Lepiej już wracajmy. Odprowadzę cię do domu.
- Nie ma takiej potrzeby. – zaprotestowała szybko. Uparciuch cholerny. Czasami miałem ochotę przełożyć ją przez kolano i dać kilka klapsów na ten jej jędrny tyłeczek…
- Owszem, jest taka potrzeba.
Spokojnym krokiem zawróciliśmy. Przez pewien czas nie rozmawialiśmy ze sobą. Nasze dłonie kilka razy się dotknęły. Przypomniałem sobie, co czułem, kiedy złapała mnie za rękę. To było niesamowite. Kontrast naszych dłoni też robił wrażenie: moje duże i szorstkie, jej małe i delikatne.
Patrzyłem na okolicę. Drzewa zaczęły zmieniać kolor liści, które lada moment zaczną spadać na ziemię. Chodniki były puste, tylko gdzieniegdzie dało się widzieć spieszącego się dokądś człowieka. Prawdopodobnie do domu, do rodziny – pomyślałem.
Czułem, że wszedłem już w ten wiek, kiedy pragnę mieć swoją rodzinę. Rola wujka już mnie nie satysfakcjonowała. Zamarzyło mi się zostać tatą. Sądzę, że świadomość tego, że w domu, po pracy, czeka na ciebie ukochana i dziecko, musiała być budująca. Boże! Gdyby mnie takie coś spotkało, dni pracy stałyby się o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze.
- O czym pan myśli? – spytała Wiktoria. Co miałem jej odpowiedzieć? Że zaczyna mi odbijać na punkcie rodziny?
- O niczym szczególnym. Opowiedz mi coś o sobie. – zaproponowałem. Widziałem, że się waha, aż wreszcie powiedziała:
- Nie umiem o sobie mówić. Może zadawałby pan pytania? Ja bym po prostu na nie odpowiadała.
- No dobrze, ale jakie? – spytałem.
- Najlepiej takie, na które pan sam chciałby odpowiedzieć. – podpowiedziała. Zamyśliłem się chwilę.
- Ok. Więc powiedz mi, czym zajmują się twoi rodzice? – dopóki mi nie odpowiedziała, nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo niestosowne było to pytanie.
- Nie mam rodziców. – wyznała. Pierwsze pytanie i już taka wtopa.
- Przepraszam. Przykro mi. – złapałem ją za rękę i już nie puszczałem. W dupie miałem to, czy ktoś zauważy. Po prostu chciałem ją wesprzeć. Zastanawiałem się, jak umarli rodzice Wiktorii oraz kto ją wychowywał. Zwykle nie byłem zbytnio ciekawski, ale teraz chciałem wiedzieć o niej wszystko. Nie rozumiałem swojego postępowania, ale doszedłem do wniosku, że nie zawsze trzeba wszystko rozumieć.
Wiktoria chyba zauważyła moją rozkminę.
- Moi rodzice zginęli w katastrofie lotniczej. Miałam wtedy cztery lata. Nie pamiętam ich zbyt dobrze. Nikt z rodziny nie chciał mnie wziąć. Podobno błąkałam się przed dwa dni. Nie miała dokąd pójść. Dopiero potem wzięto mnie do bidula. Właśnie tam powiedziano mi o mojej samotnej dwudniowej wędrówce. Kiedy miałam czternaście lat pewne starsze małżeństwo mnie adoptowało. To był szok. Zwykle bierze się małe dzieci i wychowuje od początku tak, jakby to były własne pociechy rodziców adopcyjnych. Nie wiedziałam, czy powinnam się cieszyć. W końcu w bidulu miałam przyjaciół i ciężko było mi się z nimi rozstawać. – wzięła głębszy oddech – jak się później okazało, adopcja okazała się trafna. Dzięki ciotce i wujkowi, bo tak ich nazywam, wyrosłam na ludzi. Tak mi się przynajmniej wydaje… – dodała mniej pewnie.
Przez kolejne kilka minut między nami panowała cisza. Zaskoczyła mnie ta informacja. Nie wiem dlaczego, ale widząc Wiktorię, śliczną dziewczynę w ładnych ubraniach, myślałem, że jest z bogatego domu i po prostu pilnie się uczy, aby zaspokoić jakieś niespełnione ambicje albo oczekiwania swoich rodziców. No cóż… najwidoczniej się pomyliłem.
- Zaskoczyłam pana?
- Tak… przykro mi.
- Niech się pan nade mną nie lituje, bo coś panu zrobię. – zagroziła i ślicznie się uśmiechnęła. Popatrzyłem jej głęboko w oczy. Były czarujące, głębokie, hipnotyzowały…
Śmiech dziewczyny przywołał mnie do teraźniejszości. Chrząknąłem zawstydzony.
- Pracujesz, aby zabić wolny czas? – zapytałem głupio. Jesteś idiotą. – pomyślałem.
Wiktoria spojrzała na mnie znacząco.
- Tak, pewnie. Studiuję dziennie, a w wolnych chwilach pracuję do nieprzytomności. Zwłaszcza z gorączką. – odparła sarkastycznie. Roześmiałem się.
- Głupie pytanie, wybacz. Po prostu przemęczasz się. To niezdrowe. – udawałem obojętnego.
- Wiem. – zabawny ton naszej rozmowy nagle wyparował. Zrobiło się poważnie – Po prostu muszę pracować. Mój szef to skończony frajer, w pracy muszę odpędzać się od natrętów, a wynagrodzenie jest żałosne, ale jednak jest. Muszę zarabiać. Utrzymuję się sama. Ciężko byłoby mi przeżyć bez tych pieniędzy.
A co z twoją ciotką? – przeszło mi przez myśl. Postanowiłem jednak nie pytać o to.
- No dobrze. Gdzie mieszkasz? – zapytałem.
Weszliśmy właśnie na jakieś osiedle. Znajdujące się tutaj bloki nie należały do tych najnowszych, ale najstarsze też nie były. Ocieplane, a to jest chyba najważniejsze.
- To tamten. – dziewczyna skinęła głową na budynek z numerem 6. Popatrzyłem na niego. Licząc parter mógł mieć cztery piętra. Pomalowany na kremowo z zielonymi paskami prezentował się całkiem dobrze. Na niektórych balkonach wisiały kwiaty. Pelargonie chyba, choć ręki nie dam sobie uciąć.
- Ładny. – odparłem. Wiktoria uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- No nic, dziękuję za spacer i za eskortę. – powiedziała, kiedy staliśmy pod klatką. Wiem, jestem cholernym egoistą, ale nie chciałem jej jeszcze puszczać. Ani jej, ani jej ręki. Jednak musiałem. Nie chciałem być natrętny… nie mogłem taki być.
- To ja dziękuję za miłe towarzystwo. Prezent. – powiedziałem, kiedy zdjęła szalik i wyciągnęła rękę w moich kierunku. Uśmiechnęła się.
- Dziękuję. No cóż… to dobranoc. – powiedziała, ale jeszcze się nie odwróciła.
- Dobranoc. – odparłem, patrząc jej w oczy. Coś nas do siebie przyciągało. Jednak czar chwili prysł, kiedy z klatki schodowej wyszła młoda para. Chyba znali Wiktorię, bo przywitali się z nim po przyjacielsku, po czym ruszyli w swoją stronę.
Ta niezwykła chwila minęła. Wiecie jak to jest, kiedy dzieje się coś niezwykłego i nagle bum! Dupa, koniec.
Obróciłem się i bardzo powolutku ruszyłem w swoją stronę. Nagle, ku mojej przeogromnej uciesze, usłyszałem głos Wiktorii.
- Powiedział pan, że jestem pana najlepszą studentką. Dlaczego?
- To proste. Masz swoje zdanie, nie wierzysz ślepo we wszystko co powiem. Dzisiaj przykładowo na jednym z wykładów, na którym były same dziewczyny, rozmawialiśmy o analizie SWOT. To jest podstawa, o czym wiedzą uczniowie już w pierwszych klasach technikum. Mówiłem totalne bzdury. Takie, że gdybym miał to nagrane na kasecie, od razu wyrzuciłbym, aby nikt nigdy tego nie widział. A wiesz jak one zareagowały? – spytałem. Dziewczyna pokręciła głową – Wierzyły! We wszystko. A gdybyś widziała jak pilnie notowały. – roześmialiśmy się. Tak, ta sytuacja była komiczna – Zachowują się jak bezmózgie istoty. Ludzie nie mający swojego zdania zginą w świecie. Trafią do pracodawcy, który będzie nimi pomiatał.
- Dla nich jest pan przystojny… – usłyszałem cichy głos Wiktorii – Pewnie dlatego nie mogą się skupić. Wiem, bo koleżanki u mnie na roku robią to samo.
Uśmiechnąłem się.
- No tak. Ale jest taka jedna, którą wyłapałem w tym tłumie bezmózgich istot. Taka mała indywidualność, która ma i broni swoje zdanie, przy czym jest otwarta na nowe możliwości. Do tego jest uczciwa i rzetelna. Kojarzysz? – spytałem i znacząco poruszyłem brwiami. Dziewczyna roześmiała się. Widząc jej zakłopotanie, postanowiłem troszkę jej dokuczyć – A ty? Uważasz, że jestem przystojny?
Jej policzki kolorem przypominały pomidora. Urocze.
- Ach! Pan… specjalnie… – nie potrafiła się wysłowić.
- Oj tak, jestem draniem. – śmiałem się całym sobą. Nie mogłem się opanować.
- Dobranoc! – powiedziała. Jej też nie udało się opanować i po chwili zaczęła się śmiać.
- Dobranoc. Wyśpij się. Pamiętaj, nie chcę cie jutro widzieć na moim wykładzie.
Dziewczyna skinęła głową i po chwili znikła za czarnymi drzwiami prowadzącymi na klatkę schodową. No tak, to by było tyle z miłego wieczoru. Pora wrócić do rzeczywistości, w której jestem sam.
Mimo wszystko ta myśl nie wydawała mi się dzisiaj taka straszna. Wiedziałem już, że nie jestem na świecie jedynym, który jest sam. Są ludzie w gorszej sytuacji ode mnie.
Zrobiło mi się przykro na wspomnienie historii tej młodej, ślicznej dziewczyny. Domyśliłem się, że nikomu o niej nie opowiada, dlatego też postanowiłem zachować ją dla siebie i wspierać Wiktorię jak tylko będę mógł, całym sobą…

—————————————————————————-
Jest kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się spodobał.
Miło, że pojawił się jakiś komentarz. Teraz wiem, że chociaż ktoś to czyta.
Komentujcie i polecajcie znajomym! Więcej komentarzy to częstsze rozdziały!
Do zobaczenia, pa! :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Rozdział 5

 

Rozdział 4

01 lip

Adam:
Dzisiaj, podobnie jak każdego poranka, wybrałem się na poranny jogging. Zależało mi, aby utrzymać formę, dlatego oprócz biegania, prawie codziennie wykonywałem ćwiczenia. Nawet miałem w domu swoją siłownię. Co prawda ciasną, ale własną, jak to mówią.
Pamiętam, kiedy byłem młodszy, miałem dość sporą nadwagę. Wyglądałem jak słodki pączuś. Nawet teraz, kiedy sobie przypomnę, chce mi się śmiać. Moja otyłość to zabawny sekret skrywany przez moją rodzinę. No dobra, skrywany tylko przeze mnie, bo moja siostra, gdy tylko ma okazję, wszystkim o tym opowiada. A wtedy słyszę pytania „Naprawdę?!” albo „Niemożliwe! Byłeś taki gruby?!”, co doprowadza mnie do niezłej kurwicy…

Przebiegałem właśnie koło niewielkiej restauracji, kiedy moją uwagę przyciągnęło jedno zdjęcie… a tak właściwie osoba na tym zdjęciu. Na oknie restauracji „Secret Steak” wisiało zdjęcie ukazujące wszystkich pracowników. Nie byłoby to nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że była tam również Wiktoria Łukasik.
Myślałem, że studenci pracują jedynie w weekendy, ale z tego, co widziałem na plakacie, robili to również w dni powszednie.
Być może nie powinienem tego robić, ale postanowiłem pogadać z nią o tym. Nie może być tak, że taka młoda, śliczna dziewczyna wykończy się z przemęczenia. Dzisiaj jeszcze się nie odezwę i przyjdę tutaj wieczorem, aby sprawdzić, czy to aby na pewno nie jest nikt podobny do niej.

Truchtem ruszyłem dalej. Na wspomnienie wczorajszej sytuacji, która miała miejsce po wykładzie, poczułem narastającą wściekłość. Maciej Kowalski. Czy był chłopakiem panny Łukasik? Wydawałoby się, że nie, bo przecież wczoraj rozmawiał głównie z tą drugą dziewczyną, której imienia nie pamiętam. Może ten rumieniec, który miała Wiktoria na twarzy, spowodowany był czymś innym niż upadek na ramię tego chłopaka.
Nie rozumiałem moich uczuć. Ta dziewczyna, a tak właściwie kobieta, jest moją studentką. Nie mam prawa o niej myśleć, a co dopiero odczuwać jakąś niepożądaną złość. Westchnąłem. Chyba zaczyna mi odbijać. Czas znaleźć sobie jakąś przyjaciółkę. Choćby na jedną noc…

Wiktoria:
Musiałam wstać wcześniej niż zwykle, ponieważ wczoraj zaspałam i nie zdążyłam zrobić tego zadania, które dostałam od Dorosza. To bardzo nie fair, że tylko ja zostałam ukarana. Przecież to oni gadali cały wykład. Mógł ich po prostu wyprosić z sali! Ale nie, bo po co? Lepiej dowalić Łukasikowej!
To bardzo niesprawiedliwe, że taki dupek dostał takie ciało… i takie oczy…
Dotknęłam dłonią czoła, aby sprawdzić gorączkę. Było ciepłe, dlatego postanowiłam zmierzyć sobie temperaturę. Już po chwili wiedziałam. Lekko ponad 38 stopni. No cóż, jakoś będę musiała dać radę.
Szybkim krokiem skierowałam się pod prysznic. Wtarłam w siebie swój truskawkowy żel pod prysznic. Byłam dziwna jeśli chodzi o truskawki, ponieważ samych truskawek nie lubiłam, ale wszystko, co było truskawkowe, bardzo mi smakowało. To samo z tym żelem pod prysznic, którego zapach był przepiękny.

Po około czterdziestu minutach wychodziłam z domu. Cieszyłam się, że ta ostatnia niedziela była taka spokojna, ponieważ miałam czas, aby w końcu zadzwonić do ciotki. Nie była to moja prawdziwa ciocia, ale to właśnie dzięki niej zdobyłam wykształcenie. Jednak o tym opowiem kiedy indziej.
W tygodniu prawie w ogóle nie mam czasu dla siebie. Często od 7:00 do 18:00 jestem na wykładach. Potem muszę iść do pracy i siedzieć kilka godzin. Nadgodziny robię w soboty, bo tylko wtedy mam więcej czasu. W niedzielę uczę się na wszystkie kolokwia. Z pierwszym rokiem sobie poradziłam, ale boję się, że z drugim może nie być już tak łatwo. Zwłaszcza, że teraz jest Dorosz – facet, który mnie nie znosi. Zresztą z wzajemnością… chyba.

***

Przeszukałam dwa razy torbę, ale nigdzie tego nie było! Usiadłam zrezygnowana. Przez to zdenerwowanie gorączka chyba znowu mi podskoczyła. Albo mi się tak wydawało. Nie wiem, nie było to teraz ważne. Złapałam się za głowę. Myśl. Gdzie to mogłaś zostawić? Powtarzałam te słowa w swojej głowie, aż mnie nagle oświeciło.
Zapomniałam! Zupełnie z głowy mi wyleciało to zadanie dla Dorosza. Nie mam z nim dzisiaj zajęć, ale i tak chciał dzisiaj dostać te zadania. Będę musiała pójść do niego i się wytłumaczyć. Jedyne, czego mogę oczekiwać, to to, że dostanę jeszcze kilka zadań… albo kilkanaście, w zależności od humoru tego faceta.

Dochodziłam pod drzwi pokoju, w którym przebywali wykładowcy. Zastanawiałam się, jak przebiegnie ta rozmowa. Czy na mnie nakrzyczy? Chyba nie… W końcu jestem studentką. Będzie ze mnie drwił? To już bardziej prawdopodobne. Dostanę jeszcze surowszą karę? Co do tego nie ma wątpliwości.
- O, dzień dobry panno Łukasik. – usłyszałam zza pleców. Odwróciłam się i ujrzałam opiekuna mojego roku, pana Tadeusza Czelenia.
- Dzień dobry. – przywitałam się i przypatrzyłam swojemu rozmówcy. Był po sześćdziesiątce, niski, z brzuszkiem i połyskującą łysiną na głowie. Bardzo sympatyczny starszy pan. – Co u pana słychać po wakacjach, panie profesorze? – spytałam uprzejmie. Wykładowca poprawił lekko zagięty kołnierzyk swojej białej koszuli, po czym śpiącym tonem odpowiedział:
- Całkiem dobrze. Czasami mi się wydaje, że jestem już za stary na tą robotę. Nie nadążam za wami – młodymi i pełnymi energii. Chciałbym mieć taki zapał do pracy, jaki wy macie do nauki. – w duchu się roześmiałam. Ten facet ma o wiele większy zapał do pracy niż połowa moich kolegów z roku do nauki. Ale nie powiedziałam mu tego, nie było sensu.
- E tam, nie zgadzam się z panem profesorem. Jestem pan pełen wigoru i spokojnie może nas pan prześcignąć. – Pan Czeleń uśmiechnął się na te słowa, które niewątpliwie podbudowały jego ego. No cóż… to w końcu mężczyzna. I nie, nie jestem feministką.
- Dziękuję. Miło usłyszeć takie słowa od młodej, pięknej kobiety. – czarował. Teraz już nie wytrzymałam i lekko się roześmiałam.
- Ależ pan szarmancki. – uśmiechnął się w odpowiedzi. Wiedziałam, że flirtował ze studentkami. Oczywiście robił to dla zabawy.
- Nic nie poradzę, to cały ja. Jeśli mogę spytać, dokąd się wybierasz? Sale są w przeciwną stronę.
- Idę do profesora Dorosza. Miałam mu na dzisiaj zrobić zadanie, ale całkowicie o tym zapomniałam. Muszę mu się jakoś wytłumaczyć. – wiedziałam, że panu Czeleniowi mogę powiedzieć wszystko. Rok temu, na samym początku, obiecał nam, iż wszystko, o czym mu powiemy, zostanie między nami.
- Ty zapomniałaś? – zdziwił się, ale widząc moją minę, zreflektował się i zaraz dodał – Nie przejmuj się. Każdemu coś może wylecieć z głowy albo może mieć lenia. Nie ma co się martwić.
Wiem, że nie chciał mnie obrazić, ale zdenerwowały mnie słowa z tym lenistwem.
- Jestem chora, mam ponad 38 stopni gorączki. Dlatego właśnie zapomniałam o zadaniu. – uśmiechnęłam się.
- Może lepiej pójdź do domu? – powiedział tonem zmartwionego ojca. Uśmiechnęłam się. Gdybym miała dziadka, chciałabym, aby był właśnie taki jak profesor Czeleń.
- Nie, nie mogę. Mógłby mi pan powiedzieć, w jakim nastroju jest dzisiaj profesor Dorosz? – próbowałam wybadać teren.
- Jeszcze z nim dzisiaj nie rozmawiałem, ale wydawał się być spokojnym. Wszedł do pokoju, usiadł na swoim miejscu i zaczął przeglądać wejściówki. Jest sam, także możesz zapukać i wejść. Powodzenia i do zobaczenia na wykładzie – powiedział i popędził w stronę sali, w której prawdopodobnie miał teraz zajęcia.
Westchnęłam i podeszłam do drzwi pokoju wykładowców. Nie wiem dlaczego, ale byłam bardzo niepewna siebie, jeśli chodzi o kontakty z Adamem Doroszem…
Zapukałam głośno i weszłam do środka. Tak jak powiedział mój opiekun, pan Dorosz siedział nad biurkiem i wydawał się być pochłonięty przez swoją pracę. Chrząknęłam, ale nie zareagował. Spojrzał na mnie dopiero wtedy, kiedy zasłoniłam mu światło wpadające przez okno.

- Dzień dobry. – przywitałam się niepewnie.
- Witam. Jak pani tutaj weszła? – spytał i rozejrzał się po pokoju.
- Przed drzwiami spotkałam profesora Czelenia. Chwilę z nim rozmawiałam. Zapytał mi się, dokąd idę, także powiedziałam, że muszę z profesorem porozmawiać. Pan Czeleń oznajmił mi, iż jest pan tutaj sam, więc mam zapukać i wejść. Przepraszam. – dodałam na końcu.
- Czy musi pani zawsze przepraszać? – spytał zdenerwowany – Nic pani nie zrobiła. Powiedziałem, że coś jest nie tak? Zapytałem się tylko, jak pani tutaj weszła. Nic poza tym. Prawda? – tak jak przypuszczałam, znowu ze mnie drwi.
- Kultura tego wymaga. Jeśli coś zrobi się nie tak, wypada przeprosić. Ale chamy tego nie wiedzą, prawda? – zapytałam. Sama siebie nie poznawałam. Nigdy, przenigdy, do nikogo tak nie powiedziałam!
Adam spojrzał na mnie wściekłym wzorkiem, ale w głębi jego oczu dostrzegłam rozbawienie.
- Znowu pani przesadza. – ostrzegł – I nie! – dodał, kiedy zauważył, że mam zamiar przeprosić – Proszę nie przepraszać. Jeśli to pani zrobi, nie ręczę za siebie. Jak poszło zadanie? Wydaje mi się, że nie było trudne, co nie? – jego gwałtowna zmiana tematu mnie zaskoczyła.
Zmieszałam się.
- Eeee… ja właśnie w tej sprawie.
- To znaczy? – spytał i oparł się łokciami o biurko.
- Chodzi o to, że nie zrobiłam tego zadania. Całkowicie wypadło mi to z głowy. Wczoraj po pra… po wykładach – momentalnie się poprawiłam. Nie to, że było mi wstyd, tego, iż pracuję. Po prostu nie chciałam, aby pomyślał, że pracą próbuję się usprawiedliwiać. W końcu dla każdego studenta studia to priorytet – poszłam spać i chciałam wstać wcześniej, ale… ale tak się złożyło, że zaspałam i nie dałam rady tego zrobić. – kontynuowałam.
- Mhm, rozumiem. Wyspała się pani? – spytał rozmówca. Nie wiedziałam, co mam na to pytanie odpowiedzieć.
- No dobrze. – mruknął – Jeśli to wszystko, to może pani już pójść. – rzekł, a ja spojrzałam na niego zdezorientowana.
- Nie ukarze mnie pan? – zdziwiłam się.
- Słuchaj Wiktorio – znowu na „ty” – nie mam pojęcia, za kogo ty mnie uważasz. Nie jestem żadnym tyranem. Nie ukarałem cię za rozmowę, tylko za twoje wcześniejsze zachowanie. Pyskujesz mi, ok. Ale rób to, kiedy jesteśmy sami, jasne? Ja też będę karał cię, kiedy będziemy sami… na swój sposób oczywiście. A jeśli chodzi o kwestię tego zadania, to nie mam w zwyczaju karać kogoś dwa razy za to samo. Co prawda nie zrobiłaś tego zadania, choć kazałem, ale stoisz teraz tutaj zawstydzona i z głupim uczuciem, zgadza się? – spytał.
- Tak. – odparłam i poczułam jeszcze większy wstyd.
- No właśnie. To jest dla ciebie karą. Wydaje mi się, że większą niż zadanie, które miałaś zrobić. I jeszcze jedno. Niech to do panny dotrze, że nie jestem profesorem! – krzyknął, a ja się wzdrygnęłam. – Jeśli to wszystko, co chciała mi pani powiedzieć, to proszę wyjść. Nie mam zamiaru dłużej pani oglądać. Już i tak straciłem wystarczająco dużo czasu. – oznajmił lodowatym tonem, po czym wrócił do przerwanej pracy.
Poczułam, jak w moich oczach zaczynają zbierać się łzy, dlatego szybko wyszłam, mając nadzieję, że on tego nie zauważył.

Adam:
Siedziałem w tej cholernej sali i bezmyślnie rozglądałem się po ścianach. Nie było tutaj niczego, co przyciągnęłoby moją uwagę. Wisiały jakieś plakaty, zdjęcia filozofów i ich cytaty, ale nie było to interesujące. Czasami się zastanawiałem, dlaczego w szkołach i na uczelniach wystroje wnętrz są takie banalne. Nic oryginalnego, wszędzie wszystko to samo. Przecież kiedy jest kolorowo i interesująco, lekcje czy wykłady również stają się przyjemniejsze.

Miałem teraz ćwiczenia z jakąś grupą, ale nawet nie wiem z jaką. Rozdałem im zadania do wykonania, a sam usiadłem za biurkiem. Rozmyślałem o mojej rozmowie z Wiktorią Łukasik. Rzeczywiście zachowałem się jak cham. Ona przyszła się wytłumaczyć, a ja na nią naskoczyłem. Kto inny miałby to w dupie i przyniósłby to zadanie na inny dzień, twierdząc, że nie mógł mnie znaleźć. Przetarłem twarz dłońmi. Nie powinienem się tak względem niej zachowywać.
Podoba mi się w tej dziewczynie to, że nie próbuje mi zaimponować ani mnie, cholera jasna, uwieść, tak jak robią to inne studentki. Na przykład ta. – pomyślałem Spojrzałem na pierwsze krzesło przede mną. Dziewczyna w ciemnych włosach, pochylona i z dekoltem takim, że prawie gołe cycki miała na blacie ławki. Nie wiem dlaczego, ale stwierdziłem w myślach, że włosy Wiktorii Łukasik podobają mi się znacznie bardziej, niż tej tutaj, której imienia nawet nie znałem.
Nie rozumiałem, co się ze mną dzieje. Dlaczego wszędzie widzę ją, nawet na plakacie spośród kilku twarzy, to właśnie ona przyciąga moją uwagę.
Jest taka delikatna i cicha, a ja na nią krzyczę. Oczywiście nie chciałem tego, ale akurat wtedy wyobraziłem ją sobie śpiącą. Jak mówiłem, jestem facetem z potrzebami, także mój penis momentalnie zareagował. Nie chciałem się przed nią kompromitować. Bóg jeden wie, co ona by sobie o mnie pomyślała. Czasami oskarżyłaby mnie o molestowanie!

Nie wiedziałem, jak mam zareagować na to, co się w środku mnie dzieje. Ta dziewczyna mnie zafascynowała. Była śliczna, mądra i seksowna. Kiedy ją dzisiaj zobaczyłem w tym obcisłych rurkach, myślałem że zwariuję. Najgorsze w tym wszystkim jest to, iż ona wydaje się nie zdawać sobie sprawy z tego, jak działa na mężczyzn. Zauważyłem na korytarzach, że co drugi się na nią gapi…

***

Wpatrywałem się w swoje splecione dłonie. Restauracja okazała się być bardzo przyjemna. Okna dość duże, wpuszczające do środka dzienne światło, sufit koloru błękitnego, podobnie zresztą jak ściany, Na których wisiały różnego rodzaju obrazy.
Na stołach kolorowe obrusy w kratkę, przyozdobione wazonikiem z kwiatkami. Generalnie rzecz biorąc, cała ta restauracja przypominała amerykańską knajpę serwującą naleśniki.
Rozejrzałem się wokół. Panował dość spory ruch. Tylko dwa lub trzy stoliki były wolne. Miałem nadzieję spotkać Wiktorię, ale jeszcze nie udało mi się jej zobaczyć.
Nagle poczułem w kieszeni wibracje telefonu. Odchyliłem się na krześle, aby móc wsunąć dłoń w przednią kieszeń moich spodni.
Po powrocie z uczelni, zadzwoniłem do banku i powiedziałem, że dzisiaj nie dam rady przyjść. Potem wziąłem szybki prysznic i przebrałem się w czarne jeansy, biały T-shirt i czarną skórzaną kurtkę. A teraz siedziałem w Secret Steak i odbierałem telefon.
- Słucham? – spytałem, gdyż na wyświetlaczu zobaczyłem nieznany mi numer.
- Tutaj Tadeusz Czeleń. Przepraszam, że zakłócam panu wieczorny spokój. – powiedział. Zdziwiłem się, skąd miał mój numer.
- Nie szkodzi, nic szczególnego nie robię. – rzekłem i jeszcze raz rozejrzałem się po sali. Pomyślałem, że to głupie, iż w pewnym sensie szpieguję swoją studentkę.
- Chciałbym z panem porozmawiać o pracy. Oczywiście nie teraz. Czy pasuje panu jutro o 16:00? – musiałem odtworzyć w pamięci harmonogram moich spotkań. Już po chwili wiedziałem.
- Tak, pasuje mi.
- Dobrze. W takim razie może być kafejka uniwersytecka? – zaproponował.
- Doskonale. – chciałem się żegnać i rozłączyć, kiedy usłyszałem pytanie:
- Jak przebiegła rozmowa z Wiktorią Łukasik? – przypomniałem sobie, że ona wspomniała mi dzisiaj, że z nim rozmawiała.
- Chyba dość dobrze. Dlaczego pan pyta?
- Obawiała się, jak pan zareaguje. Powiedziała mi o chorobie. Dlatego nie zrobiła tego zadania. Ale pan to już przecież wie…
- Tak, tak. – mruknąłem i nie słuchałem dalej. Wkurwiłem się! Dlaczego nie powiedziała mi tego? Postanowiłem wyjść z tej przeklętej restauracji. Kiedy zamykałem za sobą drzwi budynku, kątem oka dostrzegłem wychodzącą z restauracyjnej kuchni Wiktorię.

Wiktoria:
Od półgodziny byłam w pracy. Chciałam wyjść do klientów i zebrać zamówienia, ale nie mogłam. Gorączka dawała mi się we znaki, toteż zaproponowałam Witkowi, naszemu kucharzowi, że mu dzisiaj pomogę. Kazał kroić marchewki i obierać cebule, gdyż jako jedyna z pracowników tej restauracji nie płakałam przy cebuli.
- Chodź szybko, zobaczysz jaki przystojniak właśnie wychodzi! – zawołała moja koleżanka z pracy, Ilona. Nawet nie próbowałam się wykręcać, bo wiem, że nie miałoby to większego sensu. Odłożyłam nóż i marchew na miejsce i poszłam za podekscytowaną koleżanką. Pchnęłam obrotowe drzwi i wyszłam na salę, wypełnioną prawie po brzegi.
Swój wzrok, według wskazań Ilony, skierowałam na drzwi. Spojrzałam tam i zdębiałam. Widziałam wychodzącego Artura Dorosza, który trzymał telefon przy uchu, najwyraźniej z kimś rozmawiając.
- Widzisz? To tamten. – powiedziała.
- Tak. Niezły. – przyznałam i… uśmiechnęłam się. Myśl, że ja go znam, a inne kobiety nie, dawała mi pewnego rodzaju wewnętrzną przewagę.
- Niezły?! To jakiś Bóg, pieprzony Adonis czy inny cud. Gdyby tylko kiwnął paluszkiem, niekoniecznie od ręki lub nogi, rozłożyłabym przed nim nogi. – powiedziała głośniej, czym ściągnęła na nas wzrok kilku klientów.
- Do środka! – powiedziałam rozbawiona. Kompletnie nie zdziwiła mnie jej reakcja. Zakładam, że takie coś zrobiłaby połowa kobiet, które znają Adama Dorosza. Zresztą, jak widać, nie tylko te, które go znają gotowe są mu się oddać.

Po kilku godzinach zostałam w restauracji sama. Każdy poszedł do domu, a ja jako ostatnia musiałam wszystko posprawdzać i dokładnie pozamykać.
Weszłam do kuchni, aby się ubrać i zabrać swoje rzeczy. Cały czas myślałam o Doroszu. Czy przyszedł tutaj sam? A może z kobietą? Może to właśnie z nią rozmawiał przez telefon? Wystawiła go?
Pokręciłam głową, odganiając od siebie niepożądane i natrętne myśli. Rozpuściłam włosy i lekko je poczochrałam, aby nie były takie oklapnięte. Opadały mi zawsze, kiedy rozwiązywałam kitkę.
Sprawdziłam ostatnie zamki i wyszłam na zewnątrz. Zegar wiszący nad apteką wskazywał godzinę 22:17. Zatrzasnęłam stalowe drzwi od kuchni, po czym je zakluczyłam. Następnie odpięłam kłódkę, zamknęłam kratę i ponownie nałożyłam kłódkę.
Rozejrzałam się po bokach. W bramie stał jeden mężczyzna oparty o ścianę apteki. Przełknęłam ślinę i pewnym krokiem ruszyłam przed siebie. Miałam nadzieję, że nic mi nie zrobi.
Byłam już blisko niego, kiedy moim ciałem wstrząsnął chłód.
- Długo każesz na siebie czekać. – usłyszałam, mijając tego mężczyznę. Zrobiło mi się gorąco. Doskonale znałam ten głos.
- Profesor Dorosz? – spojrzałam na niego zdziwiona i zaniemówiłam. Co on tutaj robił?

——————————————————————
Coś słabo z wejściami na blog. Nawet nie wiem, czy ktoś to w ogóle czyta? Pozdrawiam ;) Póki co chłodne te wakacje :/

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Rozdział 4

 

Rozdział 3

27 cze

Adam:
Poprawiłem kołnierzyk, po czym zapukałem do drzwi. Stałem i czekałem, mając chwilę czasu na rozmyślenia.
Była niedziela, a ja kolejny raz jestem na obiedzie u siostry. I nie jakieś pyszne delicje wykonane przez moją siostrę mnie tu ściągnęły, bo, prawdę powiedziawszy, była średnią kucharką. Przyszedłem tutaj z nudy. Nie miałem ochoty kolejnego dnia spędzać samotnie.
Westchnąłem. Ciekawi mnie, czy naprawdę gdzieś na świecie jest osoba, która jest mi przeznaczona. Mam 34 lata, a za sobą tylko jeden dłuższy związek, który skończył się rozstaniem. Nadal mam do siebie pretensje, iż nie zauważyłem wcześniej, że mnie zdradzała. Podła szmata.
Czasami mam ochotę wyjść do baru na podryw. Ale nie mogę. Pracuję do późna i moja praca zabiera mi bardzo dużo czasu. To ważne, aby znaleźć wyrozumiałą i lojalną kobietę, która wiernie poczeka, aż wrócę z pracy. Nie mogę mieć kogoś takiego, jak była Roksana, ta kłamliwa zdzira, której zależało jedynie na moich pieniądzach. Pragnę poznać osobę, która pokocha mnie za to, jaki jestem, a nie za to, co mam. Oczywiście seks też musi być udany. Ludzie różne mają zdanie w tej kwestii, ale prawda jest taka, że życie seksualne podobnie jak szczerość, zaufanie czy miłość, to podstawa związku… Z Roksaną już jakieś trzy miesiące przed rozstaniem nie sypialiśmy ze sobą. Wtedy mogłem się czegoś domyślić.
Przyznam się, że coraz bardziej samotność zaczyna mi doskwierać. I to w sensie seksu. Jestem zdrowym, dojrzałym facetem i jak każdy mam swoje potrzeby.

Usłyszałem skrzypnięcie drzwi, a już po sekundzie małe rączki, niczym pnącza, oplatały moje nogi. Spojrzałem na dół i zobaczyłem rudą czuprynkę chłopca.
- Wujek! – krzyknął. Uśmiechnąłem się i wziąłem go na ręce.
- Cześć brzdącu. – przywitałem się i wszedłem z Samem do domu. Moja siostra poznała Patricka, swojego obecnego męża, w Niemczech, kiedy była w podróży służbowej. To było siedem lat temu. Już po roku bycia ze sobą urodził się im Sam. Pamiętam, jak ogromnym problemem był dla nich wybór imienia. Nie mogli zdecydować się, jakie nadać imię, aby pasowało w obu językach, tzn. w polskim i niemieckim. Ostatecznie wybrali Sam. I choć nie jest to polskie imię, to wymowę ma banalnie prostą, także każdy powinien sobie z nią poradzić.
- Mama w kuchni? – zapytałem.
- Tak. Ziuuuu… – chłopiec jeździł samochodzikiem po mojej ręce. Cholernie mnie to łaskotało, ale co mogłem zrobić? Przecież go nie zrzucę.

Weszliśmy do kuchni i dopiero wtedy mogłem posadzić siostrzeńca na krzesełku. Pogłaskałem go po główce i podszedłem do swojej siostry.
- Cześć. – przywitałem się i cmoknąłem ją w policzek. Nasi rodzice wychowali nas tak, aby okazywać uczucia osobie, którą kochamy. A jakby nie było, kocham swoją siostrę.
- Cześć Adam, siadaj. Zaraz podam obiad. Nie wiem, może chcesz coś do picia. – powiedziała. Czułem się tutaj jak u siebie i Lidia wiedziała, że nie musi mi niczego mówić.
Zająłem miejsce koło Sama. Zerknąłem na niego. Moją rękę zastąpił stołem w kuchni i teraz tam jeździł samochodzikiem.
- Gdzie masz Patricka? – spytałem ciekawy. Siostra zerknęła mi przez ramię.
- A no wiesz, wczoraj trochę pobalowaliśmy i tak jakoś…
- Śpi? – domyśliłem się.
- Tak. Mówił, że mam go obudzić jak przyjdziesz. Nie chciał, aby to głupio wyglądało. – wyjaśniła. Uśmiechnąłem się. Patrick to swój chłop. Lubiłem z nim pogadać, dlatego cieszyłem się, że potrafi mówić po polsku. Mój niemiecki leży i piszczy.
- Nie ma potrzeby. Niech śpi chłopak. Pogadamy innym razem. – rzekłem. Siostra uśmiechnęła się i wróciła do dokańczania obiadu.

Po około godzinie siedziałem oparty o ścianę i myślałem, że pęknę. Muszę przyznać, że mimo ograniczonych zdolności kulinarnych mojej siostry, niektóre potrawy przyrządza przepyszne. Tak jak ta potrawka, którą właśnie zjedliśmy.
- Przepyszne. – wydusiłem. Moja siostra uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- Cieszę się. A teraz opowiadaj, co u ciebie. Poznałeś może kogoś? – zabawnie poruszyła brwiami.
- Macie piękną kuchnię, ale jadalnie mogliście zostawić. Czy ten pokój do aerobiku jest wam aż tak potrzebny? – moja siostra jakiś rok temu wymyśliła sobie, że zacznie ćwiczyć. Nie chciało jej się chodzić na siłownię ani nawet wyjść pobiegać, dlatego zdecydowała się na prostsze rozwiązanie. Pokupowała sobie kilkanaście płyt z ćwiczeniami i ćwiczyła w przebudowanej jadalni. Oczywiście tylko przez pierwsze trzy miesiące. Potem jej się odechciało, ale, ku niezadowoleniu Patricka, nie pozwoliła zmienić tego pokoju na siłownię. Wiem to, bo szwagier wiele razy mi się żalił.
- Jest mi potrzebny. – uściśliła Lidka, choć przecież doskonale to wiedziałem – Ale nie zmieniaj tematu, cwaniaku. Czyżbyś kogoś poznał?
Nie wiem dlaczego, ale od razu do głowy przyszła mi Wiktoria Łukasik, moja studentka.
- Nie… nikogo specjalnego. Cały czas po staremu. – westchnąłem – Wiesz, czasami się zastanawiam, czy ja jeszcze poznam kogoś niezwykłego, bez kogo nie będę mógł żyć.
- Na pewno. Ale wiesz, czasami szczęściu trzeba pomóc. Wyjdź nieraz na miasto, spotkaj się z jedną czy z drugą znajomą. A nóż coś was do siebie przyciągnie. – próbowała mnie przekonać. Średnio jej to wychodziło.
- Doskonale wiesz, że nie mieszam pracy z życiem prywatnym. A tak się składa, że reszta moich znajomych, to przyjaciele Roksany, także za ich przyjaźń podziękuję.
- No tak… ale to przecież nie ich wina, że cie zdradzała.
- Och! Doprawdy? A kto ją krył, kiedy wydzwaniałem do nich, aby zapytać się, czy wiedzą może, gdzie jest moja narzeczona? Wiesz, co mi odpowiadały? Że nie mają pierdolonego pojęcia! A przecież wiedziały, że akurat w tym czasie pieprzy się z naszym kuzynem! – zdenerwowałem się. Nie wiem, czy Lidia naprawdę zapominała, czy udawała, ale za każdym razem próbowała namówić mnie na spotkanie z przyjaciółkami tej podłej, zdradzieckiej…
Siostra złapała mnie za rękę.
- No już, uspokój się. Przepraszam. Więcej nie powiem czegoś takiego.
- Mam nadzieję. – mruknąłem, ale złość mi minęła.
- No nic. Skoro nadal nie masz żadnej kobiety, to może opowiedz mi, jak pracuje się na uczelni?
Wziąłem łyk kawy. Przytrzymałem napój chwilę w ustach i połknąłem.
- Przyjemnie… orzeźwiająco i sympatycznie. Fajnie jest mieć kontakt z młodzieżą, móc przypomnieć sobie, jak to było kilkanaście lat temu.
- Pewnie masz rację. Trochę ci tego zazdroszczę. – przyznała siostra. Spojrzałem na nią zdziwiony.
- Zazdrosna? Uwierz, nie masz czego. Jest przyjemnie, ale na pewno nie jest to miejsce, w którym chciałbym pracować do końca swoich marnych dni.
- Uch, to byłoby rzeczywiście długo, bo jesteś jeszcze młody.
- Taa… szalenie młody. – ironizowałem. Siostra spojrzała na mnie jak spod byka, po czym nagle się uśmiechnęła.
- Ach! Czyli jesteś panem profesorem?
- Przecież wiesz… – mruknąłem niechętnie. Nie lubiłem o tym rozmawiać.
- Oj, ale mam na myśli profesora tam, na uczelni.
- Ach, tak właściwie to nie. To znaczy studenci mówią mi tak tylko w obecności innych pracowników placówki. Kiedy jednak jestem sam z nimi, wolę, aby słowo „profesor” sobie odpuścili.
- Hmmm… rozumiem. Musi to być dla nich miłe, mieć takiego wyluzowanego staruszka za swoje wykładowcę, prawda?
Wiedziałem, że się ze mnie nabija.
- Moja studentka tak stwierdziła. – wyrwało mi się. Od razu dostrzegłem szczere zainteresowanie na twarzy Lidii.
- Jak to? – spytała lekko podekscytowana.
- Nic takiego. – próbowałem ostudzić jej zapał. – Po prostu jest taka jedna Wiktoria Łukasik. Ach, jak ona mnie wkurza! Nie mam nic do skromnych kobiet, ale ona to już przesada! Szepcze, rozumiesz? Prawie każde słowo wypowiada tym cholernym szeptem! Do szału mnie to doprowadza. Kiedy zapytałem się jej, czy nie chce może mikrofonu, aby lepiej było ją słychać, stwierdziła, że to po prostu ja jestem już zbyt stary…
Siostra uśmiechnęła się szeroko.
- No cóż… przynajmniej wiesz, że nie jest jakaś dzika i przestraszona. Ma pazurki. – roześmiała się – A ty? Jak zareagowałeś?
- Nijak. Wkurzyłem się, ale kiedy chciałem jej coś odpowiedzieć, jej już nie było w sali. A przecież nie mogłem wybiec za nią i ją wołać. Co by powiedzieli inni? Czasami oskarżyliby nas o romans, a przecież to jest zabronione.
- Nic jej nie zrobiłeś? – zdziwiła się. Pokręciłem przecząco głową.
- Kompletnie nic. Ale jutro mam z nią zajęcia. Wtedy się zemszczę. – zadeklarowałem. Muszę przyznać, że sam siebie zdziwiłem, iż wiem, kiedy mam wykład z panną Wiktorią Łukasik.
- Tylko jej nie przestrasz! I, broń Boże, nie przesadź!
Spojrzałem na nią krzywo.
- Masz mnie za idiotę? Przecież bym jej nie skrzywdził. – znowu mi się wyrwało. Kurwa! Moja siostra wyłapała te słowa momentalnie. Spojrzałem na nią i widziałem jej cwany uśmiech.
- O nie, nawet nie zaczynaj. – ostrzegłem.
- Nie wiem, o czym mówisz. – udawała niewiniątko.
- Czyżby? – mruknąłem i wziąłem łyka prawie zimnej już kawy…

Wiktoria:
Niech to szlag! Wczoraj, jak na październik, była naprawdę ładna pogoda. Może nie świeciło słońce, ale też nie padał deszcz. A dzisiaj? Czułam się, jakbym brała naturalny prysznic.
Weszłam już na teren swojego wydziału. Wszędzie pustki, a jedyne co było obecne to ten cholerny deszcz! Lubię, kiedy pada, ale tylko wtedy, gdy nie muszę odpowiednio wyglądać. Na uczelni wygląd ma znaczenie. Nie, żeby była to jakaś moja obsesja, ale to naprawdę jest ważne. W końcu ostatecznie i tak liczy się prezencja, prawda?
Uśmiechnęłam się do siebie na wspomnienie tego wykładu. Może pan Dorosz nie jest moim ulubionym wykładowcą, ale musiałam przyznać, iż wykłady prowadzi bardzo ciekawe.
Dzisiaj miałam z nim rachunkowość. Oby tylko była Daria. – modliłam się w duchu. Przy niej czułam się pewniej, choć nie utrzymywałyśmy znowu takich bliskich relacji.

Przed pójściem na wykłady, wstąpiłam jeszcze do toalety, aby obejrzeć się w lustrze. Wyglądałam tragicznie: włosy mokre, posklejane, mój lekki makijaż rozmazany. Moja różowa koszulowa bluzka i niebieskie jeansy zmieniły kolory na ciemniejsze. Poprawiłam wszystko najlepiej, jak tylko mogłam, ale nadal nie było dobrze. Cóż, więcej nie wymyślisz. Kiedy wychodziłam z toalety, klimatyzacja wisząca nad futryną drzwi tak mnie owiała, iż myślałam, że zamarznę.
Szybkim krokiem udałam się na zajęcia. Miałam tylko nadzieję, że nie zachoruję…

***

Jak to mówią: nadzieja matką głupich. Siedziałam na wykładzie u profesora Dorosza i modliłam się, aby mi dzisiaj odpuścił. Nie chciałam wstać i upaść. Nie chciałam się przed nim kompromitować.
Siedziałam i próbowałam się skupić. Niestety, nie wychodziło mi to dzisiaj. Rosnąca gorączka, obecność pana Adama oraz Maciek, kolega, który dosiadł się do nas. To wszystko wpływało na mój brak koncentracji. Maciek nie powodował u mnie jakichś szalonych reakcji. Po prostu gadał, a to mnie bardzo wkurzało.
Nic jednak mu nie powiedziałam. Nie miałam na to sił. Poza tym, nie chciałam wypaść na kujona.
- Mogę prosić państwa o spokój? – zapytał poirytowany wykładowca. Gwałtownie podniosłam głowę, aby na niego spojrzeć. Poczułam jakby wszystko w mojej głowie się poluzowało. Poleciałam na Maćka, który również wstał, gdyż zajęcia właśnie dobiegły końca.
- Hej, spokojnie mała. – powiedział radośnie chłopak. Spojrzałam na niego z niesmakiem. Jakoś go nie polubiłam. Podobno jeśli nie lubisz kogoś od razu, to znaczy, że w poprzednim życiu ta osoba ci coś zrobiła. To samo jest z lubieniem kogoś…
- Wybacz. Zakręciło mi się w głowie. – wyjaśniłam szeptem. Widziałam, że profesor nas obserwuje. Spowodował tym jedynie to, że się zarumieniłam.
- Nie ma sprawy. – odpowiedział Maciek i po chwili wyszedł z sali. Ja również miałam wychodzić, kiedy zatrzymał mnie głos profesora.
- Niech pani chwilę zostanie. – powiedział. Odwróciłam się i wróciłam na miejsce. Nie miałam pojęcia, czego on może ode mnie chcieć.
- Co się stało?
- Nie uważa pani, że to już lekka przesada? – spytał widocznie poirytowany. Nie rozumiałam, o co mu chodzi.
- Ostatnio odezwała się pani do mnie jak do kolegi, dzisiaj również pani przeszkadzała. Ile ma pani lat? Piętnaście? Nie wiem, może to jakaś faza buntu? – widziałam, że denerwuje się coraz bardziej.
- Przepraszam. – wyszeptałam skruszona. Mężczyzna ukucnął tak, aby nasze oczy były na tym samym poziomie.
- Powiesz mi, dlaczego ciągle szepczesz? – spytał cicho. W jego głosie nie było już irytacji, a jedynie zwykła ciekawość. Nie wiem, czy zauważył, że zwrócił się do mnie per „ty”.
- Sama nie wiem. Jestem nieśmiała. – przyznałam się.
- Ty nieśmiała? – uśmiechnął się do mnie zabójczo. Jego grdyka poruszyła się, kiedy przełykał ślinę. Nie wiem dlaczego, ale naszła mnie ochota, aby polizać jego szyję i sprawdzić, jak bardzo ten męski zarost podrażni mój język. – Nie wierzę. – roześmiał się, czym sprowadził mnie do rzeczywistości. Uśmiechnęłam się nieśmiało.
Mężczyzna wstał i westchnął.
- No cóż. Będę musiał panią ukarać, zdaje sobie pani z tego sprawę? – Czyli wróciliśmy na ton oficjalny? – pomyślałam.
- Tak… tak sądzę. – powiedziałam cicho. Zauważyłam, jak zapulsowała żyłka na jego szyi.
- Nie słyszałem. – odpowiedział, a jego zdenerwowanie powróciło.
- Mówiłam, że myślę, że ma pan rację! – krzyknęłam zdenerwowana. Chwilowo zapomniałam o gorączce i kręceniu w głowie. Mężczyzna uśmiechnął się.
- Przygotuj mi na jutro zadanie 147. Oczywiście nie zapomnij o bilansie początkowym, końcowym i o ewidencji kont – powiedział.
Spojrzałam na niego przerażona.
- Na jutro? – spytałam.
- Naturalnie. Czy to jakiś problem?
- Nie, oczywiście, że nie. Jutro to panu dostarczę. – obiecałam, po czym zabrałam swoje rzeczy i wściekła wyszłam z sali.

Po trzydziestu minutach byłam w domu. Rozebrałam się i poszłam pod gorący prysznic. Moje ciało grzało lepiej niż grzejniki.
Po prysznicu założyłam grube skarpetki, szlafrok i przygotowawszy sobie wcześniej gorącą herbatę z miodem, wskoczyłam pod kołdrę. Postanowiłam troszkę się przespać i dopiero potem zrobić zadanie, które otrzymałam od profesora. Miałam tylko nadzieję, że do jutra wyzdrowieję. Nie chcę znowu się podpaść. I, nie wiem, czy to przez te jego oczy, ale jakoś dziwnie nie chciałam go zawieźć…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Rozdział 3

 

Rozdział 2

25 cze

Adam:
Zapiąłem ostatni guzik marynarki i spojrzałem w lustro. Nieskromnie musiałem przyznać, że jak na moje 34 lata prezentowałem się bardzo dobrze. Miałem na sobie czarne, pół eleganckie zamszowe buty, czarne nowiusieńkie jeansy i czarną koszulę slim. Całość uzupełniał srebrny krawat i szara marynarka. Uśmiechnąłem się do swojego odbicia, zadowolony z tego, co widzę. Spryskałem się perfumami i wyszedłem, aby udać się na pierwsze tego dnia wykłady.

Zaparkowałem na parkingu przeznaczonym dla pracowników uniwersytetu. Wyłączyłem silnik i wyszedłem z auta, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Na dworze było chłodno. Podniosłem swój wzrok, aby spojrzeć w chmury. Widziałem, że zbierało się na deszcz. I nie myliłem się. Kiedy tylko przekroczyłem drzwi uczelni, na zewnątrz rozpadało się niemiłosiernie. Westchnąłem z ulgą. Nie byłoby fajne już w drugim dniu prezentować się jak mokry pies.
- Dzień dobry. – pozdrowiłem sprzątaczkę, na którą trafiłem przy szatni.
- Dzień dobry. – odparła. Przyjrzałem się jej. Była dobrze po 40-stce, włosy miała koloru czerwonego i mocny, niestosowny makijaż. Pokręciłem głową. Wiem, że moje zdanie nie ma znaczenia, ale wolałem delikatne kobiety… wrażliwe no i przede wszystkim naturalne! Makijaż? Ok. Ale z umiarem! Gdybym chciał patrzeć na tapetę, poszedłbym do domu, usiadł na fotelu i przez kilka godzin wpatrywałbym się w ścianę.

Powolnym krokiem skierowałem się do pokoju przeznaczonego dla wykładowców. Czułem się tutaj trochę niezręcznie, gdyż byłem najmłodszym „profesorem”. Szanowali mnie, na to nie mogłem narzekać. Nie miałem po prostu o czym z nimi rozmawiać. Najzwyczajniej w świecie brakowało mi tutaj mojego rówieśnika, a najlepiej jakiejś młodszej, rozgarniętej osoby.
Wszedłem do środka i rozejrzałem się. Tak jak przypuszczałem, w środku panował względny tłok. Pod dużym oknem stało kilku eleganckich mężczyzn. Rozmawiali o chemii… albo o fizyce? Sam nie byłem pewien. Dalej siedziały dwie kobiety i jeden mężczyzna. Nawet do nich nie podchodziłem. Jedyne co zrobiłem, to skinąłem głową.
Doszedłem do miejsca, które zajmowała wcześniej pani Kwiatkowska, a które teraz było moje. Usiadłem i zacząłem przeglądać swój plan. Pierwszy wykład miałem z drugim rocznikiem ekonomii i zarządzania. Wydaje mi się, że już wczoraj się z nimi spotkałem.
Złożyłem kartkę i skryłem ją do tylnej kieszeni spodni. Nagle poczułem wibrację telefonu. Zerknąłem na wyświetlacz. Tomek. Westchnąłem. Pewnie znowu jakiś problem… – pomyślałem. Podniosłem się z krzesła i wyszedłem z pokoju. Odebrałem telefon, jednocześnie kierując swoje nogi w kierunku sali, w której miałem zajęcia.

***

- Przepraszam pana. – usłyszałem, kiedy zakończyłem rozmowę z kolegą z pracy. Przystanąłem i powoli się odwróciłem.
- Zgubił to pan, panie profesorze. – to była ta dziewczyna z wczoraj. Ta, która się spóźniła.
Odebrałem od niej kartkę i otworzyłem ją. To był plan moich zajęć.
- Dziękuję. Musiała wypaść mi z kieszeni. – powiedziałem i przyjrzałem się dziewczynie. Była śliczna. Włosy czarne i długie. Ahh, kobieta z długimi włosami to cudo! Szczupła, zgrabna sylwetka, drobne piersi i czarujący uśmiech. Chyba trochę za długo wpatrywałem się w nią, bo po chwili usłyszałem:
- Mam coś na twarzy? – zapytała szeptem dziewczyna. Początkowo myślałem, że chce mnie uwieść tym głosem, ale już po kilku sekundach zorientowałem się, że ona jest po prostu nieśmiała. Ciężko w to uwierzyć, że dziewczyna z takim wyglądem jak ona jest wstydliwa.
- Nie, nie, wszystko pięknie. – celowo dobrałem takie słowa, aby zobaczyć reakcję mojej rozmówczyni. Tak jak oczekiwałem, zarumieniła się. – Przypomni mi pani, co mówiłem wczoraj o nazywaniu mnie profesorem?
Dziewczyna spuściła głowę i rzekła:
- Mówił pan, że nie mamy tak pana tytułować, panie profe…
- E, e, e! – przerwałem jej – Dokładnie tak. Nie macie mnie tak nazywać, chyba że jesteśmy wśród innych wykładowców, jasne?
- Tak. Ale chciałabym zwrócić uwagę, że jesteśmy na korytarzu. – zaoponowała.
- Owszem. Natomiast ja, pani…
- Łukasik.
- Tak. Natomiast ja, pani Łukasik, pragnę zwrócić uwagę na fakt, że nikogo oprócz nas tutaj nie ma. A wie pani dlaczego? – spytałem coraz bardziej poirytowany. Była aż taka uparta, że nie docierało do niej, co wczoraj powiedziałem? Postanowiłem troszkę jej podokuczać. Oczywiście bardzo delikatnie.
- Bo pana zagaduję? – zaproponowała niepewnie. Klasnąłem w ręce i lekko, praktycznie niewidocznie, się uśmiechnąłem.
- Dokładnie tak. A teraz proszę do środka. – otworzyłem przed nią drzwi i wpuściłem tą młodą dziewczynę przed sobą.
- Tak na marginesie, znowu się pani spóźniła. – dodałem i roześmiałem się w duchu, widząc jej rozgniewaną minę. 1:0 dla ciebie, stary. – pomyślałem.

Wiktoria:
Siedziałam na tym samym miejscu co wczoraj i słuchałam, co mówi nasz nowy wykładowca. Miałam nadzieję, że nie zauważył, jak zdenerwowały mnie jego słowa na temat spóźnienia. Przecież rozmawiałam z nim! Co więcej, on również spóźnił się po raz drugi. Agrrr! Kazał nam siedzieć na stałych miejscach, aby mógł zapamiętać nasze nazwiska. Jak się okazało, zajęcia z zarządzania relacjami z klientami miał tylko mój kierunek. Także Darii tutaj nie było. Nie chciałam być tak blisko niego. Zwłaszcza teraz, kiedy siedział na mojej ławce, a nogi położył na krzesełku obok i patrzył w głąb sali. Gdybym tylko lekko przesunęła ręką w lewo, dotknęłabym jego tyłka.
- Co najważniejsze jest w spotkaniu biznesowym? – zapytał. Oczywiście, że przygotowanie merytoryczne. – pomyślałam..
- Wiedza, jaką posiadamy? – zaproponował ktoś z tyłu. Uśmiechnęłam się do siebie. A nie mówiłam?
- Nie do końca. – usłyszałam odpowiedź mojego wykładowcy. Spojrzałam na niego zaskoczona. On zauważył mój wzrok, gdyż delikatnie na mnie zerknął, po czym wrócił do kontynuowania kontaktu wzrokowego z resztą zgromadzonych. – Wiedza jest bardzo ważna. W gruncie rzeczy to podstawa. Ale jest coś co jest ważniejsze od posiadanych informacji.
- Co takiego? – spytałam zaintrygowana.
- Prezencja. – wyjaśnił z prostotą i wstał z ławki. Zaczął krążyć po sali.
- Chyba się z panem nie zgadzam. – powiedziałam cicho, niepewnie.
Mężczyzna podszedł do mnie, rękoma oparł się o krawędź ławki, po czym pochylił się i spojrzał mi w oczy.
- Słucham. – powiedział. Nie byłam już pewna swojego zdania. Przełknęłam ślinę i wpatrzyłam się w jego Jabłko Adama, które porośnięte było męskim zarostem. W końcu odważyłam się odezwać.
- Uważam, że wiedza jest o wiele ważniejsza od prezencji. – szepnęłam.
- Dlaczego? – on również szepnął. Widziałam, że go to bawi…
- Co nam po wyglądzie, kiedy nic nie wiemy? – próbowałam powiedzieć to głośniej, ale z moich ust ponownie wydostał się tylko szept.
- Otóż to! – krzyknął i znowu zaczął krążyć po sali. – Wiele osób uważa, że merytoryka to podstawa. Zakładam, że w książkach tak właśnie piszą. Pozwólcie jednak, że przedstawię wam pewną sytuację. Jesteście dochodowym przedsiębiorstwem i szukacie, załóżmy, inicjatora jakiegoś pomysłu. Rozwiązanie waszego problemu jest w rzeczywistości bardzo proste i wkrótce sami byście na nie wpadli. Przychodzą do was dwie osoby. Jedna z nich jest bardzo dobrze przygotowana merytorycznie, ale ma ubrany dres. Druga z nich ma na sobie elegancki strój i w ogóle wygląda tak, że przestajecie myśleć o wszystkim i skupiacie się tylko na swoim rozmówcy. Ta druga osoba, rzecz jasna, jest kompletnym laikiem. Rozmowę z którą osobą byście wybrali?
- Elegancki ubiór! – wypowiedziała się większość. Oczywiście większość większości stanowiły dziewczyny, które były zafascynowane nowym wykładowcą.
- A dlaczego? – zapytał wykładowca.
- Żeby umilić sobie czas? – zaproponowałam, choć wydawało mi się to bardzo głupie. Odziwo, myliłam się.
- Dokładnie. Kiedy siedzicie kilkanaście godzin w pracy, nawet błahe sprawy wydają wam się bardzo ważne. Wtedy rozmowa z osoba, która całkowicie uwolni wasze myśli od problemów, jest jak wybawienie. Nawet, jeśli to wybawienie trwa tylko pięć minut.
- Nie do końca rozumiem. – przyznałam się.
- Dobrze. Wobec tego niech spróbuje wyobrazić sobie pani, że jest pani w biurze od czternastu godzin. Przychodzi przystojny mężczyzna, który całkowicie panią oczarowuje. Kompletnie nie zna się na sprawie, o której mieliście rozmawiać, ale jest sympatyczny i błyskotliwy. Po 10 minutach rozmowy, mężczyzna wychodzi, a po następnej godzinie pani rozwiązuje problem. Dlaczego początkowo trudny problem został rozwiązany w godzinę?
- Bo miałam chwilę oderwania się od względnej monotonii? – zapytałam. Widziałam, jak zabłysły jego oczy.
- Otóż to! Chwila rozmowy z nieznajomym, który mimo tego, że jest, kolokwialnie mówiąc, głupi, wpływa bardzo ożywczo na nasze działania. Wiem to z doświadczenia. – dodał, a ja wyobraziłam go sobie w garniturze, siedzącego za biurkiem. Czy spodobał mi się ten obraz? Sama nie wiem.
- A co, jeśli sprawa jest trudna i naprawdę ciężko jest znaleźć rozwiązanie? Czy wtedy rozmowa z tym mądrym będzie lepsza? – zapytał Sebastian, kolega z roku.
- Pamiętajcie, prezencja ważna jest zwłaszcza wtedy, kiedy chodzi o trudne sprawy. Nawet jeśli jesteście wybitnie uzdolnieni, a wasz pomysł mógłby zrewolucjonizować świat, nikt was nie wysłucha, kiedy będziecie ubrani w szmaty. – wyjaśnił profesor Dorosz.
Nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy zajęcia dobiegły końca. Ludzie zaczęli się pakować, a ja myślałam o tym, czego słuchałam przez ostatnie półtorej godziny. Musiałam przyznać rację swojemu wykładowcy. Ważny jest wygląd i pierwsze wrażenie. Kiedy zaciekawimy kogoś swoją osoba, dużo łatwiej będzie nam przedstawić swoje pomysły. Co więcej, będziemy bardziej wiarygodni. Przyznam się, że nigdy nie myślałam o tym w taki sposób.
Właśnie wychodziłam z sali, kiedy zatrzymał mnie głos mojego wykładowcy.
- Mam nadzieję, że teraz pani zrozumiała. – rzekł.
- Owszem. – szepnęłam.
- Czy ciągle pani szepcze? – widziałam, że był poirytowany. – Może kupię pani mikrofon? Ułatwi to życie każdemu z nas. – dodał. Wkurzyłam się.
- Nie, dziękuję, nie trzeba. Może to wina pana wieku? W końcu taki starszy mężczyzna, jak pan, może mieć problemy ze słuchem, prawda, panie profesorze? – uśmiechnęłam się słodko i wyszłam z sali. Nie chciałam go zdenerwować, ale on mnie sprowokował. To jego wina… tak przynajmniej myślę.

***

Siedziałam w kafejce i piłam kawę. Czarną, moją ulubioną. Ogólnie rzecz ujmując, nie powinnam tego robić, gdyż zawsze po spożyciu pewnej dawki kofeiny, moje serce zaczynało szybciej bić, a ja momentami odczuwałam silny ból. Niestety, dzisiaj tego potrzebowałam. Przede mną wieczór w pracy u Piotra. Nie wiedziałam, co mnie dzisiaj czeka, ale byłam pewna, że nie będzie to nic lekkiego.
Spojrzałam na okno, przy którym siedziałam. Nie widziałam zbyt wiele, ponieważ kurtyna deszczu skutecznie zasłaniała cały widok. Westchnęłam i spojrzałam na telefon. Zauważyłam, że mam jednego nieodczytanego SMS-a. Odblokowałam komórkę i przeczytałam wiadomość od Natalii:

Hej. Mam nadzieję, że znajdziesz dzisiaj dla mnie chwilę czasu. Chciałabym się spotkać i poplotkować. Całuję, kocham cię.

Uśmiechnęłam się na tę wiadomość. Natalia to moja najlepsza przyjaciółka. Poznałyśmy się w ośrodku, w którym razem przebywałyśmy. Od tego czasu jesteśmy jak siostry. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć.

Nie wiem, czy dzisiaj dam radę. Postaram się, ale nic nie obiecuję. Jeszcze dam ci znać. Ja również cie kocham, pa pa.

Zablokowałam telefon i dopiłam swoją kawę. Pora wracać na zajęcia. Nie chcę spóźnić się kolejny raz i podpaść kolejnemu wykładowcy…

Adam:
Od dwóch godzin siedziałem w swoim gabinecie i próbowałem rozwiązać problem, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Wstałem z fotela i zacząłem krążyć po biurze, próbując zebrać myśli. Może akurat zaczerpnę skądś inspirację.
Za oknem nadal padało, a szarość nieba rozciągała się na cały widoczny mi horyzont. Westchnąłem. Zima zbliża się nieubłaganie. Nienawidzę tej pory roku. Choć z drugiej strony… lata też nie lubię.

Wszedłem na hol, przeznaczony dla klientów banku i rozejrzałem się. Tak dużo osób, a każdy zajęty swoimi sprawami. Niby wszyscy razem, ale tak naprawdę osobno. Prawdopodobnie, gdyby teraz zniknęła jedna osoba z nich, reszta by tego nie zauważyła. Westchnąłem. Świat to bardzo rozległa przestrzeń. Ludzi jest tak wielu, że niemożliwym jest poznać choćby ćwiartkę z nich. Westchnąłem.
Nie wiem, dlaczego naszły mnie takie myśli. Chyba za długo jestem samotny.
- Stało się coś? – starsza kobieta złapała mnie za łokieć i zaniepokojona spojrzała mi w oczy. Uśmiechnąłem się. Czyżbym się mylił i jednak w tym tłumie jest ktoś, kto dostrzega innych?
- Nie, wszystko w porządku. Dziękuję.
- Na pewno? – upewniła się.
- Tak, nie ma obaw. Po prostu się zamyśliłem. – wyjaśniłem. Kobieta skinęła głową, po czym spokojnym krokiem wyszła, stopniowo znikając za płachtą deszczu.

Tak wpatrywałem się w okno, aż zobaczyłem ją. To ona. – pomyślałem. Wiktoria Łukasik. Szła z jakąś dziewczyną, rozmawiając i śmiejąc się przy tym. Wydawały się nie zwracać uwagi na pogodę.
Znowu zapatrzyłem się na nią. Miała na sobie czarne rurki i brązową, skórzaną kurtkę. Silny wiatr rozwiewał jej włosy. Miałem ochotę wyjść za nią i ją tutaj przyprowadzić. Po co? Po to, aby po prostu tutaj była. A może po to, żeby się z nią pospierać. Nie wiem. Po prostu chciałem mieć kogoś, kto nie traktowałby mnie jak jakiegoś pieprzonego Boga! Oderwałem swój wzrok od miejsca, w którym jeszcze przed chwilą stała dziewczyna. Odetchnąłem głęboko i rozejrzałem się wokół. Pracownicy choć dobrze mi znani, są mi zupełnie obcy. A ta studentka? Cóż…
Potrząsnąłem głową, aby uwolnić się od tych beznadziejnych przemyśleń. Całkowicie mi odbija.
Nagle do głowy wpadł mi pomysł rozwiązania problemu. A więc to Wiktoria Łukasik została moją inspiracją i moim chwilowym wybawieniem. Uśmiechnąłem się. Ironia losu. Dzisiaj rano miałem z nią o tym wykład, a parę godzin później mnie to spotkało.
Czym prędzej popędziłem do gabinetu, zabierając po drodze potrzebnych mi do tego ludzi.

Wiktoria:
- Opowiadaj, co u ciebie słychać? – zapytała Natalia, kiedy siedziałyśmy w małym klubie.
- Tak właściwie to dobrze. – odrzekłam i podziękowałam barmanowi za drinki, które właśnie nam podał.
- A jacyś faceci? Pierwszoroczniacy? – sugerowała podekscytowana przyjaciółka.
- Nie, nie wiem. – przyznałam zawstydzona. Głupio mi było, że tak stronie od mężczyzn, kiedy Natalia korzysta z uroków młodości pełną piersią. – Jakoś nie zwróciłam uwagi.
Przyjaciółka spojrzała na mnie wzrokiem w stylu „Nie zaskakujesz mnie”. Chwilowo skupiłyśmy się na naszych napojach.
- Jest… – zaczęłam niepewnie – Jest jeden wykładowca. Nowy, na zastępstwo. – na te słowa Natalia wyraźnie się ożywiła.
- Profesor? Ile ma lat? Pięćdziesiąt? – spojrzała na mnie wymownie.
- Nie. Zakładam, że nie ma nawet czterdziestki.
- To jakim cudem został profesorem? – spytała zdezorientowana.
- Mówiłam, że jest na zastępstwie. Na co dzień jest dyrektorem w jakichś bankach, ale nie pytałam jakie to.
- Rozumiem. I jaki jest?
- Przystojny… – szepnęłam.
- To już wiem. A coś więcej? – widziałam, jak bardzo się ekscytuje.
- Ma czarne włosy, piwne oczy, jest wysoki…
- A zarost? – przerwała mi Natalia. Skinęłam głową, na co ta pisnęła.
- Cudo! Muszę go zobaczyć.
- Uspokój się. Jest przystojny, ale jest fiutem. Chyba się na mnie uwziął. Dzisiaj stwierdził, że znowu się spóźniłam na zajęcia, chociaż to z nim rozmawiałam przed salą!
- Naprawdę? – spytała – Nie przejmuj się, raz każdemu się może zdarzyć.
Uśmiechnęłam się zawstydzona.
- Tak właściwie to dwa razy… w ciągu dwóch dni.
- Wow! Szalejesz siostro! – powiedziała rozbawiona – Spóźniłaś się już na pierwsze zajęcia?
- On się spóźnił. Po prostu kiedy przyszedł do sali, ja akurat rozmawiałam przez telefon. Musiałam go odebrać.
Moja przyjaciółka spojrzała na mnie.
- Jak to „musiałam”?
- Piotr… – odparłam. Reszty nie musiałam tłumaczyć. Widząc minę przyjaciółki, postanowiłam zmienić temat. Nie chciałam znowu słuchać o tym, że powinnam zmienić pracę. Jej jest łatwo, bo nieznana jej babcia, matka jej mamy, zostawiła Natalii w spadku dużą fortunę. A ja? Ja musiałam radzić sobie sama. Zresztą nadal tak jest i z tego, co mi się wydaje, jeszcze długo tak będzie…
- Opowiadaj, co u ciebie. – zagadałam i uśmiechnęłam się, dostrzegając, jak moja przyjaciółka nagle się rozbudziła. Pewnie znowu się w kimś śmiertelnie zakochała. Znowu…

———————————————————————–
Jezuuusie!!! Ale upały. Czy wy też tak macie, że gotujecie się siedząc? Bo ja tak… Pozdrawiam :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Rozdział 2

 

24 cze

Tutaj możecie dodawać swoje blogi lub blogi, które czytałyście/czytaliście i wam się spodobały ;)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Wasze blogi

 

24 cze


http://ksiega-basni.blogspot.com/

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Zakładki

 

Rozdział 1

23 cze

Wiktoria:
- Jak wiecie oprócz funkcji reprezentowania firmy na zewnątrz lub przydzielania i organizowania pracy, do zadań managera należy również motywowanie i wspieranie pracowników, a także wdrażanie systemów ocen pracowniczych, o czym managerowie bardzo często zapominają… niestety. – dokończył ciszej profesor Skrzynecki. Zerknął na zegarek i chrząknął – No nic, na dzisiaj to byłoby wszystko. – rzekł i pochylił nad biurkiem swoją siwą już głowę, aby pozbierać swoje rzeczy i, podobnie jak my, czym prędzej opuścić salę wykładową.
Rozejrzałam się wokół. Odniosłam wrażenie, że wszyscy oprócz mnie byli znudzeni tym wykładem. Marcin, chłopak, które siedział obok mnie, miał cienie pod oczami i wyglądał zupełnie tak, jakby się nie wyspał. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież każdemu zdarza się zarwać noc czy coś w tym stylu, gdyby nie fakt, że przed wykładem chwalił się mi, że spał aż osiem godzin…
Weszłam na korytarz, na którym roiło się od studentów. Z ich twarzy można było odczytać, że nie są zadowoleni z powodu rozpoczęcia roku akademickiego. Ja, przyznam się szczerze, cieszyłam się. Wiem, jestem jakimś dziwnym ewenementem, ale cóż… to po prostu cała ja.
Musiałam pójść do sekretariatu, aby podbili mi tam indeks. Aż wzdrygnęłam się na samą myśl, że będę musiała rozmawiać z tymi wrednymi babskami.
Nie byłam próżna i powierzchowna, i nie oceniałam ludzi „po okładce”, ale te kobiety naprawdę były podłe. Rok temu moja koleżanka z roku, z którą razem chodziłam na angielski, poszła odebrać indeks o 13:02. I wiecie co? Nie wydali jej go. A dlaczego? Bo sekretariat czynny do 13:00. To śmieszny żart.

Dotarłam do drzwi, na których przybita była tabliczka z napisem „Sekretariat”. Odetchnęłam głęboko, zapukałam i weszłam do środka. Miałam nadzieję, że ktoś będzie w środku i, ku mojej ogromnej uciesze, w pokoju przebywał jakiś mężczyzna. Zajęta swoimi sprawami, nie zwróciłam na niego uwagi.
- Dzień dobry. Chciałabym podbić indeks. – zwróciłam się do starszej pani, której imienia nawet nie znałam. Przez studentów nazywana była „wiedźmą” lub „raszplą”. Ja ograniczałam się do „wrednego babska”.
- Zaraz. Nie widzisz dziecko, że jestem zajęta? – spytała opryskliwie i wróciła do swojego poprzedniego zadania, a mianowicie – mieszania zupki chińskiej, zaparzonej w kubku. Spojrzałam na nią i westchnęłam. Musiałam poczekać. Przecież nie było innego wyjścia. A może jednak było?
- Proszę obsłużyć tą panią. – usłyszałam dobiegający z mojej prawej strony głęboki męski głos. Odwróciłam głowę i spojrzałam na tego mężczyznę. Był przystojny. Miał kilkudniowy zarost na twarzy, ciemne włosy i zabójcze oczy. Naprawdę były śliczne. Chciałam mu podziękować, ale on najzwyczajniej w świecie załatwiwszy swoją sprawę, odwrócił się i wyszedł.
- Coś jeszcze? – z reguły nie brzydziło mnie wiele rzeczy. Ale teraz, kiedy poczułam ślinę sekretarki na swoich ustach, prawie zwymiotowałam.
- Nie, dziękuję. – powiedziałam najspokojniej jak tylko potrafiłam, po czym odebrałam indeks i wróciłam na korytarz, wtapiając się w tłum moich rówieśników.

Spojrzałam na zegarek, którego wskazówki pokazywały 8:57. Za trzy minuty zaczynałam kolejny wykład. Musiałam zasłonić usta, gdyż zebrało mi się na ziewanie. Pierwszy dzień po wakacjach i już na 7:00. Ale w sumie czego ja bym chciała. Przecież ktoś musiał mieć zajęcia od samego rana. A jeśli coś mi się nie podoba, to mogę zrezygnować. Westchnęłam. Tak… takie słowa na pewno usłyszałabym od pani w sekretariacie. I akurat w tym wypadku nie mogłabym mieć do niej żadnych pretensji.
Zerknęłam na plan, aby zorientować się, co mam następne. Rachunkowość finansowa. Uśmiechnęłam się. To lubiłam. Wiem, że dla większości bawienie się w księgach rozrachunkowych i specjalistycznych programach komputerowych to czarna magia. Co więcej! Nudna czarna magia. Ale nie dla mnie. Bardzo lubiłam ten przedmiot, który był podstawą każdego księgowego. I może kierunek studiów, który obrałam, nie jest bezpośrednio związany z rachunkowością, ale każdy ekonomista powinien mieć jakieś pojęcie właśnie o księgowaniu.
- Cześć. – usłyszałam. Obróciłam się i zobaczyłam dziewczynę, z którą chodziłam na w-f.
- Hej. – odpowiedziałam cicho i uśmiechnęłam się. Przyjemnie jest zobaczyć znajomą twarz.
- Mamy razem rachunkowość, prawda? – skinęłam głową. Daria, bo tak nazywała się ta dziewczyna, studiowała rachunkowość i podatki, przez co kilka zajęć miałyśmy razem.
Po kilku chwilach weszłyśmy do sali, która świeciła pustkami. No tak, na moim kierunku nie było zbyt wiele osób, ponieważ dużo zrezygnowało po pierwszym roku. Nie wiem, jak wyglądała sytuacja na roczniku Darii, ale sądząc po liczbie obecnych było chyba podobnie.
- Chodźmy tutaj. – koleżanka wskazała dwa krzesła: drugie i trzecie w kolejności od przejścia między ławkami. Oczywiście w pierwszej ławce.
- Dlaczego tutaj? – zapytałam. Nie chciałam siedzieć tuż przed wykładowcą. Jeśli o to chodzi, to tutaj jest zupełnie jak w szkole, kiedy siedzisz w pierwszej ławce, wykładowca zwykle patrzy i mówi do ciebie. Bardzo mnie to peszy i wprawia w zakłopotanie.
- Mam problemy z lewym uchem, zapomniałaś? A rachunkowość to u mnie najważniejszy przedmiot. – wyjaśniła Daria.
No tak… aktywa, pasywa, bilans i konta. W wielkim skrócie właśnie tym jest rachunkowość finansowa.
Wyjęłam notatnik i długopis, i spojrzałam na zegarek. Pani Kwiatkowska spóźniała się już pięć minut. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Aż taką prymuską nie byłam.
Kiedy minęło kolejne dziesięć minut, nikt już nie zwracał uwagi na nieobecność wykładowcy. Każdy zajmował się swoimi sprawami. Poczułam, jak w kieszeni zawibrował mi telefon.
- Muszę wyjść odebrać. – powiedziałam do mojej sąsiadki. Ta jedynie skinęła głową, zajęta przeglądaniem notatek z ubiegłego roku.

- Słucham? – odebrałam telefon, zanim jeszcze zamknęłam drzwi od sali wykładowej. Bałam się tej rozmowy.
- Musisz dzisiaj trochę dłużej popracować. – usłyszałam na wstępie. Nie, tylko nie to. – pomyślałam. Miałam dzisiaj zadzwonić do ciotki. Obiecałam jej to. Znowu nie będę miała możliwości. Ten tyran, dla którego pracuję, Piotr Sosnowski, nigdy nie pozwoli mi wziąć sobie przerwy.
- Dzisiaj? – jęknęłam.
- Mówię niewyraźnie? – powtórzył, a w jego głosie można było wyczuć zdenerwowanie. Ten facet dobiegał pięćdziesiątki, był gruby i impulsywny. Reagował bardzo gwałtownie na wszystko, co mu się nie podobało. Raz nawet zdarzyło mu się uderzyć swoją pracownicę.
Westchnęłam z bezradności.
- Dobrze, będę. – zapewniłam i rozłączyłam się. Spojrzałam na lustro wiszące w łazience, gdyż tam właśnie się znajdowałam. Opłukałam twarz wodą, wytarłam ręce i skierowałam się z powrotem do sali.

Otworzyłam drzwi. Nie byłam przygotowana na odwiedziny pana dziekana i jakiegoś mężczyzny. Zaraz, zaraz… – pomyślałam. Przecież ten facet to właśnie ten, którego widziałam dzisiaj w sekretariacie.
- Dzień dobry. – przywitałam się szeptem, kiedy poczułam na sobie wzrok tych mężczyzn. Zawstydziłam się. Czasami sama sobie się dziwiłam, jak to możliwe, że jestem w stanie pracować jako kelnerka u tego bydlaka.
- Pierwszy dzień i już się pani spóźnia? – usłyszałam głos Grzegorza Nowaka – naszego Dziekana.
- Przepraszam, musiałam odebrać telefon i… – przerwano mi.
- Niech się pani nie tłumaczy. Zostawię pana samego, wierzę, że poradzi pan już sobie. – tym razem starszy z tych dwóch zwrócił się do młodszego, którym był mój dzisiejszy „sekretariatowy” pomocnik.
- Na pewno. – zapewnił. Odczekał chwilę, aż Dziekan wyjdzie, po czym odwrócił się z powrotem w naszą stronę – Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Adam Dorosz i zastępuję panią Kwiatkowską.
- Będziemy mieć z profesorem przez cały rok? – z tyłu dobiegł nas damski głos. Nasz nowy wykładowca uśmiechnął się delikatnie i skierował wzrok w miejsce, z którego dobiegło pytanie.
- Nie wiem, czy przez cały rok, ale na pewno przez ten semestr. Wymagam od was obecności na moich wykładach oraz punktualności. – mówiąc to, przeniósł swój wzrok na mnie. Poczułam, jak się czerwienię. Cholerny burak! naskoczyłam sama na siebie.
- On sam się spóźnił, a teraz ma pretensje do mnie. – szepnęłam do Darii. Ta wymamrotała coś pod nosem, wyraźnie oczarowana naszym nowym wykładowcą.
- Ma pani jakiś problem? – cholera! Znowu?
- Nie, oczywiście, że nie, przepraszam. – szepnęłam speszona. Mężczyzna spojrzał na mnie surowo, po czym mruknął pod nosem: „To super”.
- Wykłada profesor coś jeszcze? – do naszych uszu doleciało kolejne pytanie, również posłane z końca sali.
- Tak. Oprócz rachunkowości uczę jeszcze Zarządzania relacjami z klientami. Ogólnie rzecz biorąc, nie musicie tytułować mnie „profesorem”. Czuję się wtedy niezręcznie. Róbcie to tylko w obecności innego pracownika uczelni, zgoda?
Wszyscy entuzjastycznie przytaknęli, ciesząc się, że trafił się jakiś bardziej wyluzowany typ. Czy mnie to cieszyło? Było mi to obojętne. Pomimo tego, że pomógł mi dzisiaj w sekretariacie, nie lubiłam go. Czepiał się i był niesprawiedliwy.
- Gdzie pracował pan wcześniej? – kolejne pytanie.
- Jeśli macie państwo na myśli uniwersytet czy szkołę wyższą to nigdzie. Jestem dyrektorem kilku banków. Tutaj pełnię jedynie funkcję zastępcy, że się tak wyrażę. Chciałem pracy z młodzieżą, chociażby chwilowej. Czasami warto przypomnieć sobie, jak to jest być młodym. – zażartował, czym zyskał sympatię większej grupy osób przebywających w sali.
- No dobrze. Powiedzcie mi na początek, które konta są kontami bilansowymi… – i tak oto zaczął się wykład z naszym nowym panem profesorem.

***

Dziesięć godzin później wchodziłam do kuchni z tacą pełną pustych, brudnych talerzy. Położyłam ją na specjalnie przygotowanym do tego blacie i otarłam czoło rękawem fartuszka. Za oknem świeciło słońce, a temperatura powietrza mogła dochodzić nawet do 15 stopni. To jakiś paradoks. Był październik, a za oknem taka pogoda… Wolałabym deszcz. W gruncie rzeczy bardzo lubię deszczową pogodę. Powietrze wtedy jest bardzo przyjemne i rześkie, w przeciwieństwie do duchoty, która towarzyszy wysokim temperaturom.
- Ruszaj się! – usłyszałam głos mojego szefa.
- Przepraszam. – powiedziałam i udałam się na salę, aby zbierać zamówienia od przybyłych klientów.

Kilka godzin później, kiedy wchodziłam do niewielkiego mieszkania, które wynajmowałam od dwóch lat, myślałam, że odpadną mi nogi i ręce, a kręgosłup zaraz się rozsypie. Przekroczyłam próg i dokładnie zakluczyłam za sobą drzwi. Rozejrzałam się wokół. Ściany mojego mieszkanka były żółte, gdyż bardzo zależało mi na tym, aby trochę rozjaśnić ciemne pomieszczenia. Sufit był szary. Niestety nie był to zamierzony cel, a jedynie skutek starego budynku, w którym mieściło się moje mieszkanie.
Zrzuciłam buty i nie zastanawiając się długo, udałam się pod prysznic, aby choć w niewielkim stopniu zmyć trudy dzisiejszego dnia…

W tym samym mieście, w tym samym czasie, po drugiej stronie miasta…

Adam:
Położyłem na stoliku teczkę, w której mieściły się wszystkie zestawienia potrzebne na dzisiejsze spotkanie. Byłem wkurzony. Jak miałem nawiązać współpracę z kimś, kto jest nieodpowiedzialny i niekompetentny, i nie potrafi wstawić się na umówione spotkanie. Ok, zrozumiałbym, że coś mu wypadło. Ale ten człowiek nawet nie zadzwonił! Straciłem cały cholerny dzień! Jakbym nie miał czego robić. Jeszcze ten etat na UMK. Gdyby nie fakt, że mamy podpisany kontrakt, a oni przysyłają mi na staż najlepszych studentów, nigdy nie zgodziłbym się na wykłady. Spotkania z młodzieżą mógłbym zorganizować w gimnazjach albo liceach. Westchnąłem i podszedłem do szklanego barku, po brzegi wypełnionego alkoholem. Zdecydowałem się na whisky. Z impetem usiadłem na sofie, położyłem nogi na stoliku i oparłem głowę oparcie sofy. Byłem potwornie zmęczony. Nie tyle pracą, co samotnym życiem. Każdego dnia wracałem do pustego mieszkania. Nie miałem nawet zwierzątka, bo nie miałbym czasu się nim opiekować. W skrytości ducha zazdrościłem kolegom, którzy po całym dniu w robocie wracali do domów, w których tęskniły za nimy całe rodziny: żony, dzieci, a nawet te cholerne zwierzęta! A ja? Pustka. Totalna pustka.
Zegar w telefonie wyświetlał godzinę 22:45. Pora zbierać się do łóżka. Rozebrałem się i nago poszedłem do łazienki. To chyba jedyny plus samotnego mieszkania…

———————————————————————
Pierwszy rozdział mojego nowego opowiadania! Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. Ja jestem bardzo na nie napalona! Do następnego, pa.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Rozdział 1